Na razie wygrywał.

Zabrzmiało niepewne stukanie.

Jego źródłem były kostki krasnoludziego kandydata do pracy. Vimes wprowadził go, zamknął drzwi i usiadł za biurkiem.

— No więc… — zaczął. — Jesteś alchemikiem. Ślady kwasu na dłoniach i brak brwi.

— Zgadza się, sir.

— To dość niezwykłe spotkać w tym fachu krasnoluda. Wasi ludzie na ogół tyrają w kuźni wuja albo robią coś w tym rodzaju.

Aha, wasi ludzie, zauważył krasnolud.

— Nie miałem talentu do metalu.

— Krasnolud bez talentu do metalu? To wyjątkowe zjawisko.

— Dość rzadkie, sir. Ale byłem całkiem niezły z alchemii.

— Należysz do gildii?

— Już nie, sir.

— A jak odszedłeś?

— Przez dach, sir. Ale jestem prawie pewien, że wiem, co zrobiłem źle.

Vimes odchylił się w krześle.

— U alchemików stale eksplodują różne rzeczy. Nigdy nie słyszałem, żeby z tego powodu kogoś wyrzucili.

— To dlatego, że jeszcze nikt nie wysadził rady gildii, sir.

— Jak to? Całą?

— Większość. A przynajmniej wszystkie łatwo odłączane elementy.

Vimes zauważył, że odruchowo wysuwa szufladę biurka. Zamknął ją stanowczo i zajął się papierami na blacie.

— Jak się nazywasz, chłopcze?

Krasnolud przełknął ślinę. Najwyraźniej obawiał się tego pytania.

— Tyłeczek, sir.

Vimes nawet nie podniósł głowy.

— A rzeczywiście, mam to wpisane. To znaczy, że pochodzisz z regionów górskich Überwaldu, tak?

— No… tak, sir — odparł nieco zdziwiony Tyłeczek. Ludzie rzadko kiedy potrafili rozróżnić klany krasnoludów.

— Nasza funkcjonariusz Angua też stamtąd pochodzi — stwierdził Vimes. — Chwileczkę… Tutaj jest napisane, że na imię masz… nie mogę odczytać pisma Freda… tego…



16 из 291