
Wybrał kolejny. Młody smok, który połknął węgielek, miał teraz wyraźnie dłuższy i gorętszy płomień.
— Przypuszczam — odezwał się młody człowiek — że nie zdołam pana przekonać, by pozwolił mi pan zejść?
Następny smok połknął trochę węgla i odbiło mu się kulą ognistą. Młody człowiek wygiął się rozpaczliwie, by jej uniknąć.
— Zgaduj — zaproponował Vimes.
— Po rozważeniu sytuacji mam wrażenie, że wybór dachu nie był mądrym posunięciem — stwierdził skrytobójca.
— Prawdopodobnie — zgodził się Vimes.
Kilka tygodni temu spędził dobre parę godzin, podpiłowując belki i starannie układając dachówki.
— Powinienem zeskoczyć z muru i wykorzystać krzaki pod murem.
— Być może — przyznał Vimes.
W krzakach założył pułapkę na niedźwiedzie.
Chwycił garść węgla.
— Pewnie mi nie zdradzisz, kto cię wynajął?
— Obawiam się, że to zupełnie niemożliwe, proszę pana. Zna pan zasady.
Vimes posępnie skinął głową.
— W zeszłym tygodniu doprowadziliśmy przed Patrycjusza syna lady Selachii. Tak, ten chłopak musi się jeszcze nauczyć, że „nie” nie oznacza „tak, bardzo proszę”.
— Możliwe, proszę pana.
— Potem była ta sprawa z synem lorda Rusta. Nie można strzelać do służących za to, że postawili buty na odwrót. To nieeleganckie. Będzie musiał nauczyć się odróżniać prawo od lewa, tak jak my wszyscy. I prawo od bezprawia także.
— Słucham uważnie, proszę pana.
— Wydaje się, że osiągnęliśmy impas.
— W samej rzeczy, proszę pana.
Vimes wymierzył bryłą węgla w zielonobrązowego smoka, który pochwycił ją zręcznie w powietrzu. Robiło się coraz goręcej.
— Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy próbujecie albo tutaj, albo w moim biurze. Przecież dużo chodzę po mieście, prawda? Moglibyście mnie chyba zastrzelić na ulicy.
