
Mikstura okazała się skuteczna, sami widzieli fantastyczne rezultaty własnej działalności: nowe, zielone łąki, wspaniałe barwy…
Teraz znajdowali się w bardziej zaludnionej okolicy.
– Nie lubię księżyca – narzekał Jori. – Jesteśmy w jego świetle wyraźnie widoczni.
– Chyba nie musimy wciąż znajdować się przed księżycem, jakby na jego tle – wtrąciła Sassa.
Jori gapił się na nią szeroko otwartymi oczyma.
– Zawsze dla kogoś będziemy się znajdować przed księżycem – oświadczył tonem nauczyciela.
Sassa próbowała sobie zapamiętać informację.
– To zależy, rzecz jasna, od tego, w którym miejscu na ziemi się stoi, ty głuptasie – dodał cokolwiek niecierpliwie.
– Tak, oczywiście – odparła Sassa. – Tylko że ty po prostu źle mi to tłumaczysz.
Pierwsza część nocy zeszła im na nieustannych sprzeczkach. Jori życzyłby sobie innego towarzystwa, wolałby być z Markiem, Sol, w ogóle z którymkolwiek z wielkich. Niestety, zawsze łączono go z tą smarkulą Sassą, uważał, że to wielka niesprawiedliwość.
Trzeba dodać, że Jori i Sassa należeli do tych niewielu wysłanników Królestwa Światła, którzy mogli się otwarcie pokazywać we wsiach i w miastach, byli bowiem normalnymi ludźmi, zaś aparaciki mowy sprawiały, że uważano ich za swoich, posługujących się miejscowym językiem. Poprzedniego dnia pozwolili sobie na małą wycieczkę po ulicach miasta Mendoza w Argentynie, dokładnie po drugiej stronie Andów. Zamierzali też dolecieć gondolą w pobliże ogromnego szczytu Aconcagua tylko po to, by go zobaczyć. I tą drogą dostać się do Chile. Najpierw musieli się jednak zastanowić.
