
Wędrówka po argentyńskim mieście, oglądanie współczesnego zewnętrznego świata, było tyleż zabawne, co przerażające. Przeludnienie i nędza okazały się straszne. Najgorsze jednak wydawały im się narkotyki, których wszędzie było pełno. Wyglądało na to, że narkotyki zostały w mniejszym lub większym stopniu zalegalizowane i dosłownie każdy napotkany człowiek znajdował się pod ich wpływem.
Nietrudno było zauważyć, że panują w tym świecie najrozmaitsze choroby, a o ile młodzi wędrowcy zdołali się zorientować, szpitale i w ogóle służba zdrowia nie znajdowały się w najlepszym stanie.
Dwoje gości z Królestwa Światła czuło się źle.
Ludzie byli na ogół usposobieni przyjaźnie, ale sprawiali wrażenie przestraszonych. Jori i Sassa siedzieli w kawiarni i rozmawiali z grupą młodzieży, przeważnie indiańskiego pochodzenia, ale też byli wśród nich Metysi, Kreole i przedstawiciele rasy białej. Wszyscy oni nieustannie rozglądali się ukradkiem wokół jakby w obawie, że ktoś ich zaatakuje. Jori zapytał o to czarnowłosą piękność, która zresztą bardzo mu się podobała. Odpowiedziała szeptem, że wszędzie są oczy i uszy. Cały system społeczny oparty jest na podejrzliwości. Nikt nikomu nie ufa.
Jeszcze nie spryskali tego terytorium, zamierzali to zrobić nocą. Teraz chcieli się tylko rozerwać i, jeśli to możliwe, nauczyć tego i owego.
Dla Sassy zresztą wyprawa wcale taka wesoła nie była, Jori bowiem kazał jej wracać do ukrytej gondoli, a sam został z tą czarnowłosą dziewczyną, z którą wciąż rozmawiał.
Nie wrócił, dopóki nie nadeszła pora startu. Ale wtedy wyglądał na bardzo zadowolonego.
Jori zawsze cierpiał z powodu różnych kompleksów. Wciąż musiał dowodzić innym, a najbardziej sobie samemu, że jest bardzo pociągającym młodym człowiekiem. Rzeczywiście, nie jest zbyt zabawnie nieustannie przebywać w towarzystwie oślepiająco przystojnych i zabójczo męskich rówieśników, kiedy samemu ma się zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu i w ogóle wygląda się niespecjalnie.
