
— Czyżby? Wie pan, nie urodziłem się wczoraj…
— Faktycznie, kapitanie, urodził się pan czterdzieści pięć lat temu jako drugi syn Bertiego Samsona i jego małżonki i po dziadku otrzymał pan na chrzcie imię Lionel — wyrecytował pan Black, spokojnie opuszczając swój bagaż na pokład.
Kapitana znowu zmroziło. Zabrzmiało mu to trochę jak początek groźby; a że żadna groźba w końcu nie padła, z jakiegoś powodu poczuł się nieswojo.
— No to dla kogo pracujecie? — wykrztusił pytanie. — Lubię wiedzieć, z kim pływam.
Pan Black wyprostował się.
— Jak pan sobie życzy. Zwą nas Dżentelmenami Ostatniej Szansy. Służymy Koronie. Czy to panu wystarczy?
— A ja myślałem, że król nie… — Kapitan przerwał, nie chcąc wypowiadać tych strasznych słów.
— Nie żyje, kapitanie, zgadza się. Ale Korona nie zginęła. Powiedzmy, że służymy… sprawie wyższej wagi? A przy okazji, kapitanie, oświadczam, że pańscy ludzie dostaną za ten rejs cztery razy większy żołd plus dziesięć gwinei za każdy zyskany dzień wobec planowanego czasu podróży do Port Mercia plus kolejne sto gwinei po powrocie. Poważnie wzrosną szanse awansu dla wszystkich marynarzy i oficerów na pokładzie. Pan, kapitanie, otrzyma oczywiście zwiększone wynagrodzenie odpowiednie dla stanowiska, a jako że słyszeliśmy o pańskich planach rychłego przejścia w stan spoczynku, Korona na pewno zechce okazać swoją wdzięczność w tradycyjny sposób.
Stojący za nim sir Geoffrey przemówił i zakasłał jednocześnie:
— Ahuszlachectwoahu.
— Jestem pewien, że pani Samson by się ucieszyła — stwierdził pan Black.
Kapitan czuł się jak na torturach. Oczami wyobraźni ujrzał, co by się stało, gdyby do uszu pani Samson dotarło, że odrzucił szansę uzyskania przez nią tytułu lady Samson. Nie mógł znieść samej myśli o tym. Wpatrzony w mężczyznę, który przedstawił się jako pan Black, powiedział cicho:
— Czy coś ma się wydarzyć? Czyżbyście próbowali czemuś zapobiec?
