
— Rozumiem, panie Jimm.
Długi czas siedział, spoglądając na odłożoną słuchawkę. Potem wstał, podszedł do holu i wszedł do windy. Czuł się w dziwny i niezwyczajny sposób żwawy i beztroski, co było cechą człowieka, który rozumyślnie łamie rozkaz zarządcy firmy Wellington i Synowie, Handel Nieruchomościami.
Dwie godziny później wlókł się z powrotem, przygarbiony i bliski płaczu z powodu porażki.
Gdy Blake jechał windą pełną monterów telefonów i mebli zmierzających na trzynaste piętro, żadnego trzynastego piętra nie było. Ale gdy tylko, nieco zniecierpliwieni, zmienili windę zostawiając go samego, docierali do swego celu. Sprawa była prosta. Dla niego nie było trzynastego piętra. I prawdopodobnie nigdy nie będzie.
O piątej po południu, wciąż jeszcze rozmyślał nad tą niesprawiedliwością, gdy rozpoczynające dyżur sprzątaczki wpadły do sekretariatu, żeby odbić karty na zegarze.
— Która z was — spytał nagle natchniony pewną myślą, — która z was zajmuje się trzynastym piętrem?
— Ja.
Zaprowadził kobietę w jasnozielonym szalu do swojego gabinetu.
— Kiedy zaczęła pani sprzątać trzynaste piętro, pani Ritter?
— No, jak tylko wprowadzili się ci nowi najemcy.
— Ale wcześniej… — urwał, wpatrując się niecierpliwie w jej twarz.
Uśmiechnęła się i kilka zmarszczek pojawiło się na jej twarzy.
— Wcześniej, chwalić Boga, nikt go nie wynajmował. Tego trzynastego.
— Więc? — podsunął jej.
— Więc nie trzeba było sprzątać. Blake wzruszył ramionami i poddał się. Sprzątaczka chciała odejść. Położył jej rękę na ramieniu i zatrzymał ją.
— Jakie — spytał patrząc na nią z zazdrością — jest to… trzynaste piętro?
— Takie jak dwunaste. I dziesiąte. Jak każde inne.
— I każdy — mruknął sam do siebie — może się tam dostać.
Każdy, tylko nie ja.
Uświadomił sobie z irytacją, że mówił za głośno. I że stara kobieta patrzy na niego ze współczuciem.
