I odtąd nigdy już nie okazała mu ciepłych uczuć.

Dwa tygodnie później Blake otrzymał z biura głównego firmy Wellington Jimm i Synowie, Handel Nieruchomościami, wiadomość, która omal nie zrzuciła jego rozumu z brzeżka tego śliskiego tronu, jaki jeszcze zajmował. Tohu i Bohu przysłali im wiadomość. Wyprowadzali się z nieruchomości pod koniec miesiąca.

Przez dzień czy dwa chodził po budynku, rozmawiając sam ze sobą. Windziarze twierdzili, że mówił coś w rodzaju: „Już chyba bardziej obcy być nie mogą… Nawet nie należą do Świata fizycznego!” Sprzątaczki trzęsły się ze strachu w swoim pokoiku, opowiadając sobie nawzajem o szalonym błysku, jaki pojawił się w jego oczach, gdy mamrotał, wymachując rękami: „No jasne — trzynaste piętro. A myślisz, że gdzie mieli się zatrzymać ci nie istniejący tacy i owacy? Ha!” A panna Kerstenberg, gdy złapała raz go, jak wpatrując się strumień wody, mówił: „Założę się, że chcą odwrócić zegar o parę miliardów lat i zacząć wszystko od początku. Cholerna piąta kolumna!”, pomyślała drżąc, czy by nie zawiadomić FBI, ale zdecydowała, że lepiej nie. W końcu, tak rozumowała: jak raz policja zacznie węszyć w jakimś miejscu, nigdy nie wiadomo, kogo poślą do więzienia.

A poza tym po pewnym czasie Sydney Blake znormalniał. Znów zaczął przychodzić ogolony, a żałoba zniknęła zza jego paznokci Ale zdecydowanie nie był już tym młodym, rzutkim agentem, co dawniej. Niemal cały czas czuło się wokół niego jakąś dziwną atmosferę triumfu.

Nadszedł ostatni dzień miesiąca. Od rana znoszono na dół meble, ładowano na ciężarówki i odwożono. Gdy kilka ostatnich paczek zjechało na dół, Sydney Blake ze świeżym kwiatkiem w butonierce wszedł do windy najbliższej jego biura.

— Poproszę na trzynaste piętro — rzekł czysto i dźwięczenie.

Drzwi zasunęły się. Winda uniosła się. Zatrzymała się na trzynastym piętrze.



14 из 16