
Zmusił pannę Kerstenberg do wysłuchania całej historii mimo surowych zaleceń profesora Scogginsa, żeby nie przesadzać z okazywaniem przyjaźni niższemu personelowi urzędniczemu. Kręciła głową i pogwizdywała, wpatrując się w niego przez okulary w grubych oprawkach.
— Dziwacy, prawda, panno Kerstenberg? — spytał ją, kończąc rozmowę. — Żadni porządni klienci, co?
— Nie wiem, panie Blake — odpowiedziała ze swoją zwykłą skromnością. Wciągnęła arkusz papieru listowego do maszyny. — Czy życzy pan sobie, żeby poczta do Hop-kinsona została wysłana jeszcze dziś?
— Co? A, chyba tak. To znaczy, oczywiście tak. Za wszelką cenę dzisiaj, panno Kerstenberg. I proszę dać do sprawdzenia, zanim pani to wyśle.
Poszedł do swego gabinetu i usiadł za biurkiem. Cała sprawa bardzo go zdenerwowała. Pierwsza wielka szansa na wynajęcie. I ten mały — jak on się nazywał, Bohu? — i ta wybrzuszona kieszeń…
Dopiero późnym popołudniem udało mu się skoncentrować na swojej pracy. I właśnie wtedy zadzwonił telefon.
— Blake? — zatrzeszczał głos w słuchawce. — Mówi Gladstone Jimm.
— lak, panie Jimm — Blake wyprostował się na krześle. Gladstone był najstarszym spośród Synów.
— Blake, podobno odmówiłeś wynajęcia pomieszczeń?
— Ja co? Przepraszam, panie Jimm, ale ja…
— Blake, dwóch dżentelmenów właśnie weszło do biura głównego. Nazywają się Tuli i Buli. Mówią, że bezskutecznie próbowali wynająć od ciebie trzynaste piętro w budynku McGowana. Mówią, że przyznałeś, iż nikt go nie zajmuje, ale uparcie odmawiałeś im pozwolenia na wynajęcie. O co tu chodzi, Blake? Myślisz, że na co firma mianowała cię stałym agentem, Blake, żebyś odstraszał potencjalnych klientów? Ja też mogę cię postraszyć, że tu w biurze głównym absolutnie nam się to nie podoba, Blake. — Byłbym szczęśliwy, mogąc im wynająć trzynaste piętro — wił się Blake. — tylko kłopot w tym, proszę pana, widzi pan, tu…
