
— O jakim kłopocie mówisz, Blake? No, wykrztuś to, chłopie, wykrztuś to!
— Nie ma trzynastego piętra, Jimm!
— Co?
— Budynek McGowana jest jednym z tych, które nie mają trzynastego piętra. — Mozolnie i dokładnie opisał wszystko jeszcze raz. Mówiąc narysował nawet plan budynku na blacie biurka.
— Hm — zafrasował się Gladstone Jimm, gdy Blake skończył.
— Powiem im to, Blake. Przynajmniej to wyjaśnienie mnie satysfakcjonuje. — I odłożył słuchawkę. Blake cały dygotał.
— Co za dziwaki — wymamrotał wściekle. — Dziwaki, zdecydowanie. Na pewno nie porządni najemcy.
Gdy następnego dnia przyszedł do biura, okazało się, że panowie Tohu i Bohu już na niego czekają. Wysoki podał mu klucz.
— Zgodnie z warunkami umowy, panie Blake, klucz do naszego biura musi być w posiadaniu stałego agenta urzędującego w tym budynku. Właśnie nasz ślusarz dorobił ten klucz. Ufam, że to pana zadowala?
Sydney Blake oparł się o ścianą i odczekał chwilę, chcąc ochłonąć.
— Umowy? — wyszeptał. — Biuro główne podpisało z wami umowę?
— Tak — powiedział wysoki. — Bez kłopotu udało nam się osiągnąć… jak wy to nazywacie?
— Porozumienie — mały wtrącił z okolic kolan swego towarzysza. — Święto rozumu. Serce na dłoni. W waszym głównym biurze nie ma pedantów od subtelności matematycznych, młody człowieku.
— Czy mógłbym zobaczyć tę umowę? — Blake’owi udało się oderwać od ściany.
Wysoki sięgnął do prawej kieszeni płaszcza i wyciągnął złożoną kartkę o znajomym wyglądzie.
To była umowa najmu. Trzynastego piętra w budynku McGowana. Ale była jedna mała różnica.
Gladstone Jimm dołączył klauzulę: „… właściciel wynajmuje piętro, o którym zarówno najemca, jak i właściciel wiedzą, iż nie istnieje, ale którego tytuł własności ma dla najemcy szczególne znaczenie, które to znaczenie równe jest wysokości czynszu, jaki zapłaci…”
