
Windziarz przesunął dźwignię i drzwi zasunęły się z jękiem. Pojechali do góry. Wszystkie windy u McGowana były bardzo wolne i Blake bez trudności odczytywał numery pięter przez okienko w drzwiach windy.
…dziesiąte…jedenaste…dwunaste…czternaste…piętnaste…szesnaste…
Zatrzymali się. Windziarz podrapał się w głowę, nie zdejmując czapki z daszkiem. Blake spojrzał na niego triumfująco. Pojechali w dół…
…piętnaste…czternaste…dwunaste…jedenaste…dziesiąte…dziewiąte…
— No i co? — zapytał go Blake. Windziarz wzruszył ramionami.
— Wygląda na to, że teraz go nie ma.
— Teraz? Co za teraz? Nigdy go nie było! Więc gdzie zawiozłeś tamtych dwóch?
— A, tamtych. Powiedziałem panu. Na trzynaste.
— Ale przed chwilą udowodniłem ci, że nie ma trzynastego piętra!!!
— To co? To pan skończył szkołę, panie Blake, nie ja. Ja mam taką pracę. Jak się panu nie podoba, to trudno, ale taką mam pracę. Jak ktoś wchodzi do windy i mówi „na trzynaste”, to go…
— Wiem! To bierzesz go na trzynaste piętro. Ale nie ma żadnego trzynastego piętra, ty idioto! Mogę ci pokazać plany tego budynku i spróbuj, tylko spróbuj, pokazać mi trzynaste piętro. Jeśli pokażesz mi trzynaste piętro…
Urwał, bo spostrzegł, że znów są na dole, a wokół nich zebrał się spory tłumek.
— Panie Blake — wystąpił windziarz z propozycją — jeżeli pan nie jest zadowolony, to może zadzwonię po przedstawiciela związku i sobie pogadacie. Co pan na to?
Blake machnął bezradnie ręką i powlókł się do swego biura. Za plecami słyszał, jak portier pyta windziarza:
— O co on się wściekał, Barney?
— Aaa, ten facet? — odkrzyknął mu windziarz. — Mówił, że coś sknociłem z planami budynku. Po mojemu, to za długo się w szkole uczył. Niby co ja miałem wspólnego z planami?
— Nie mam pojęcia. — westchnął portier. — Diabli go tam wiedzą.
