
— Sukinsyny — powiedział.
— Masz rację, Cullis.
— Śmierdzące sukinsyny.
— Zgadza się.
Pojazd zakręcił za róg i z wyciem pomknął w pustynię.
CZĘŚĆ PIERWSZA
Dobry żołnierz
Jeden
Szła przez halę turbin, otoczona zmiennym kręgiem znajomych, wielbicieli i zwierząt. Ona — ognisko tej mgławicy — zagadywała do gości, wydawała instrukcje obsłudze, podsuwała pomysły, obdarzała komplementami rozmaitych zabawiaczy. Muzyka wypełniała echem przestrzeń ponad starymi błyszczącymi maszynami, stojącymi w milczeniu w gwarzącym tłumie barwnie ubranych bywalców. Kobieta skłoniła się z wdziękiem i uśmiechnęła do przechodzącego admirała.
Obracała w dłoni delikatną roślinę, do nosa zbliżała czarny kwiat, wdychała jego intensywny zapach.
Dwa hralzse u jej stóp skoczyły, zaskomlały, przednimi łapami usiłowały się oprzeć o jej gładką wizytową suknię. Świecące ryje uniosły do kwiatu. Pochyliła się, łagodnie uderzyła je rośliną po nosach. Przywarły do ziemi, kichnęły, potrząsały łbami. Ludzie wokół wybuchnęli śmiechem. Stała pochylona, w wydętej sukni. Pogłaskała jedno ze zwierząt, potargała za duże uszy, potem uniosła głowę ku majordomusowi, który zbliżał się, z szacunkiem klucząc przez otaczający ją tłum.
— O co chodzi, Maikril?
— Fotograf z „System Times” — odparł cicho majordomus.
Podnosiła się z wolna, a on się prostował, aż patrzył na nią w górę, z podbródkiem na wysokości jej nagich ramion.
— Przyznaje się do porażki? — spytała z uśmiechem.
— Tak sądzę. Prosi o audiencję.
Zaśmiała się.
— Piękne sformułowanie. Ile dostaliśmy tym razem?
Majordomus przysunął się nieco bliżej i zerkał nerwowo na warczącego hralzsa.
— Trzydzieści dwie kamery filmowe, proszę pani. Pozostała jeszcze ponad setka.
