
Konspiracyjnie zbliżyła usta do jego ucha.
— Nie licząc tych, które znaleźliśmy przy gościach — powiedziała.
— Właśnie, proszę pani.
— Spotkam się z… nim? Z nią?
— Z nim, pani.
— Więc z nim. Później. Powiedz mu, że za dziesięć minut; przypomnij mi o tym za dwadzieścia. W zachodnim atrium. — Spojrzała na swą platynową bransoletkę. Rozpoznawszy jej tęczówkę, malutki, udający szmaragd projektor szybko podsunął jej holograficzny plan starej elektrowni, wyświetlając go w dwóch stożkach światła wycelowanych bezpośrednio do jej oczu.
— Oczywiście, pani — odparł Maikril.
Dotknęła jego ramienia.
— Udamy się do arboretum, dobrze? — szepnęła.
Majordomus ledwie dostrzegalnie poruszył głową na znak, że usłyszał. Kobieta z wyrazem żalu na twarzy odwróciła się do otaczających ją osób, złożyła dłonie jakby błagalnie.
— Przepraszam, muszę na chwilę wyjść.
Z uśmiechem przechyliła głowę na bok.
— Cześć. Cześć wszystkim. Jak się macie? — Szli szybko wśród gości, mijając szare tęcze narkotyków i pluskające winne fontanny. Prowadziła, długonoga, szeleszcząc spódnicami, a majordomus usiłował dotrzymać jej kroku. Machała osobom, które ją pozdrawiały: ministrom w rządzie i ich odpowiednikom z gabinetu cieni, cudzoziemskim dygnitarzom i attache, dziennikarzom z mediów rozmaitej maści, rewolucjonistom i oficerom floty, kapitanom przemysłu i handlu oraz ich ekstrawagancko bogatym akcjonariuszom. Hralzse od niechcenia kłapały zębami przy nogach majordomusa, pazury ślizgały im się niezgrabnie na wypolerowanej podłodze z miki; podskakiwały, gdy napotykały kosztowny dywan, których rozrzucono tu wiele.
Przystanęła na schodach arboretum, zasłoniętego prądnicą od strony głównej sali. Podziękowała majordomusowi, odegnała hralzse, poprawiła swą doskonałą fryzurę, wygładziła nienagannie gładką suknię i sprawdziła, czy biały kamień tkwi pośrodku czarnej kolii. Był pośrodku. Zaczęta schodzić po stopniach ku wysokim drzwiom arboretum.
