Na szczycie schodów jeden z hralzsów zawył, podskakując na przednich łapach. Oczy miał wilgotne.

Obejrzała się poirytowana.

— Skoczek, spokój, poszedł! Cofnij się!

Zwierzę spuściło głowę i odeszło sapiąc.

Cicho zamknęła za sobą podwójne drzwi i napawała się kojącą przestrzenią pysznej zieleni.

Na zewnątrz, ponad kryształową krzywizną wyniosłej półkopuły, panowała czarna noc. W arboretum z wysokich masztów ostro świeciły małe lampy, w gęstwie strzępiły się cienie. Ciepłe powietrze pachniało ziemią i sokami roślin. Kobieta głęboko westchnęła i ruszyła ku przeciwległemu krańcowi pomieszczenia.

— Cześć.

Mężczyzna odwrócił się szybko i zobaczył, że stoi za nim, oparta o maszt. Skrzyżowała ręce, uśmiechała się lekko oczyma i ustami.

Włosy miała granatowe, takie jak oczy; skórę smagłą. Wyglądała szczupłej niż w wiadomościach, gdzie mimo swego wzrostu wydawała się nieco mocniej zbudowana. On był wysoki, bardzo smukły i niemodnie blady. Większość ludzi uznałaby, że jego oczy rozstawione są zbyt wąsko.

W subtelnych palcach trzymał liść w delikatne wzorki, ale zaraz go wypuścił, uśmiechając się niewyraźnie. Przed chwilą przyglądał się jednemu z krzewów obsypanemu ekstrawaganckimi kwiatami. Teraz odszedł od krzaka z zawstydzoną miną. Tarł dłonie.

— Przepraszam… — zrobił nerwowy gest.

— W porządku — odrzekła. Uścisnęli sobie dłonie. — Jesteś Relstoch Sussepin, prawda?

— Aha… tak — odparł zdziwiony. Uświadomił sobie, że ciągle przytrzymuje rękę kobiety, i zrobił jeszcze bardziej zażenowaną minę. Puścił jej rękę.

— Diziet Sma. — Pochyliła nieco głowę, bardzo powoli. Zakołysały się sięgające do ramion włosy. Cały czas patrzyła na niego.

— Tak, oczywiście wiem. Eee… miło mi cię poznać.



14 из 375