
— Nawzajem. — Skinęła głową. — Słyszałam twoje dzieła.
— Ooo! — Chłopięco zadowolony, złożył ręce bezwiednym gestem. — Och, to bardzo…
— Nie powiedziałam, że mi się podobały — rzekła. Uśmiech błąkał się teraz tylko w jednym kąciku jej ust.
— A! — Był przybity.
Jestem okrutna, pomyślała.
— Ale rzeczywiście bardzo mi się podobają. — Przez jej twarz przemknął wyraz rozbawionej, konspiracyjnej skruchy.
Zaśmiał się, a ona poczuła, że coś się w niej odpręża.
Zapowiadało się, że wszystko będzie w porządku.
— Ciekaw jestem, dlaczego mnie zaproszono — wyznał. Jego głęboko osadzone oczy pojaśniały. — Wszyscy tu sprawiają wrażenie… — wzruszył ramionami — ważnych osobistości. Dlatego ja… — niezręcznie machnął w kierunku krzaka, któremu się przedtem badawczo przyglądał.
— Według ciebie kompozytorzy nie powinni być uważani za osoby ważne? — spytała z łagodną przyganą.
— W porównaniu z politykami, admirałami i biznesmenami… jeśli mówić o wpływach… A ja nie jestem nawet słynnym muzykiem. Gdyby to chodziło o Savntreiga lub Khu, albo…
— To prawda, oni świetnie komponują swe kariery — przyznała.
Zamilkł na chwilę, potem zaśmiał się cicho i spuścił wzrok. Jego piękne włosy błyszczały w świetle wysoko umieszczonych lamp. Teraz ona powinna zawtórować mu śmiechem. Może należałoby wspomnieć o zamówieniu, nie przesuwać tego do następnego spotkania, gdy tłum gości stopnieje do nieco bardziej przyjaznej grupy… a może nawet poczekać do prywatnego rendez-vous, gdy nabierze pewności, że został urzeczony.
Jak długo powinna przeciągać tę grę? Chciała właśnie jego, miało to być więcej niż głęboka przyjaźń. Niespieszna, rozkoszna wymiana intymnych zwierzeń, powolne gromadzenie wspólnych doświadczeń, tęskny piruet wzajemnego przyciągania, bliżej, dalej, bliżej, dalej, bliżej, coraz ciaśniej, wreszcie powolność sublimująca się w porywający żar wzajemnej nagrody.
