
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Pochlebia mi pani, pani Smo.
Odwzajemniła mu spojrzenie, uniosła nieco podbródek, całkowicie świadoma swej precyzyjnej mowy ciała. Jego twarz przybrała wyraz zupełnie niedziecinny, a oczy przypominały teraz kamień na jej bransoletce. Poczuła lekki zawrót głowy, zrobiła głęboki wdech.
— Hm…
Zamarła.
Dźwięk nadbiegł gdzieś z boku, z tyłu. Zobaczyła, że Sussepin tam zezuje.
Odwróciła się, utrzymując na twarzy pogodny wyraz, spojrzała ze złością na szaro-białą obudowę drony, jakby próbowała wypalić w niej dziury.
— Co takiego? — Jej głos mógłby wytrawić stal.
Drona rozmiarów i kształtu małej walizeczki płynął ku jej twarzy.
— Kłopoty, kłapouszku — rzekł, po czym przechylił się na jedną stronę; sprawiał wrażenie, że kontempluje widok atramentowego nieba za kryształową kopułą.
Sma, ściągając usta, spojrzała na ceglaną podłogę arboretum. Pozwoliła sobie ledwo widocznie potrząsnąć głową.
— Panie Sussepin — uśmiechnęła się, rozłożyła ramiona. — Sprawia mi to ból, ale… pozwoli pan…?
— Oczywiście. — Już ruszał, przeszedł szybko obok niej, skłaniając głowę.
— Może uda nam się porozmawiać później — powiedziała.
Odwrócił się, cofał.
— Tak, ja… to znaczy. — Tracił wątek. Skinął nerwowo głową, pomaszerował szybko do drzwi w odległym krańcu arboretum i wyszedł, nie oglądając się za siebie.
Drona brzęczał niewinnie i najwyraźniej zaglądał w głąb jaskrawego kwiatu, zanurzając w nim prawie cały pękaty ryj. Spojrzał na Smę. Stała na rozstawionych nogach, jedną rękę oparłszy na biodrze.
— Kłapouszku? — spytała.
Pole wokół drony mignęło — fiolet ubolewania i metalowa szarość zaintrygowania wyglądały zupełnie nieprzekonująco.
— Nie wiem, Smo… wyrwało mi się. Aliteracja.
Sma kopnęła zeschłą gałązkę, spojrzała wściekle na dronę.
