
— Powiem, że polecił mi pan przeprowadzić rekonesans na wzgórzach.
— Dobrze. Weź sondę to będzie bardziej prawdopodobnie wyglądało.
— To może od razu zrobię ten rekonesans... Tak dźwigać sodę bez pożytku...
Profesor uśmiechnął się szeroko.
— Jaka to przyjemność widzieć studenta któremu chce się pracować. Pamiętaj. Po naradzie.
— Dobrze.
Profesor wygramolił się po drabince na górę. Otworzył zegarek. Powiał leciutki wiatr. Obłok pyłu osiadł na nim jak popiół. Przetarł szkiełko skajem rękawa. Biały nalot zniknął bez śladu. Został za to na rękawie. Czas.
VUderzenie pogruchotało lód. Ludzka dłoń, ciągnąc za sobą nitki czarnego śluzu wynurzyła się na powierzchnię. Jej palce z wysiłkiem zacisnęły się w pięść, a potem ponownie opadła w dół kryjąc się spowrotem w czarnym oleistym roztworze.
VIProfesor Janusz Seleźniecki wszedł na szczyt pagórka i oparł się o maszt. Nad jego głową powiewał sztandar wydziału Archeologii. Godło, szpachelka i miernik, połyskiwały na nim złotą nicią. Goście już się toczyli drogą. Ruszył na ich spotkanie. Na lądowisku opodal słupa zatrzymał się szkolny poduszkowiec. Wysypała się z niego gromadka dzieci. Mrużąc oczy w ostrym wiosennym słońcu rozglądali się ciekawie po okolicy. Uśmiechnął się. Pamiętał jak był w ich wieku i po raz pierwszy oglądał takie widoki. Szaro białawą glebę tworzącą garby, poprzecinaną niewielkimi śladami cieków wodnych. Z tym uśmiechem na ustach ruszył w ich stronę. Z luku bagażowego wyjmowali właśnie krzesełka. Ustawili je w krąg. Dla niego i dla nauczycielki przygotowali obite czerwonym aksamitem. To była oznaka godności pedagogicznej. Dzieci wydobyły notatniki, niektóre noteboki i dyktafony. Nauczycielka była młoda i ładna. Miała na sobie jedwabne kimono od Stankowskiego ręcznie malowane w chryzantemy. Gdy podszedł bliżej wykonała ceremonialny ukłon. Odpowiedział takim samym. Dzieci także się ukłoniły.
