
Czarny olej zafalował. W końcu sarkofagu wynurzyła się z niego bosa stopa. Zamrożone palce sterczały sztywno we wszystkich kierunkach. Drganie skóry świadczyło, że mięśnie podjęły już swoją pracę. Dźwięk wydostający się z rurki stał się bardziej chrapliwy. Właściciel stopy prawdopodobnie żył, ale sądząc po oddechu jego szanse były nikłe.
VIIILaptop zapiszczał cicho. Stary Prezydent przerwał rozmyślania o dupie Maryni, (właściwie to nie miała na imię Marynia, tylko Zina, i rozmyślał nie o jej dupie tylko o strefach nieco ciekawszych), sięgnął dłonią i położył sobie maszynę na kolanach. Otworzył. Ekran zalśnił błękitnym blaskiem. Pośrodku ekranu czerwono jarzył się napis: CZEKA POCZTA.
Palce dyktatora przebiegły po klawiszach. Przełączył maszynę na łączność bezpośrednią.
— Mówi agent numer 236, Hans Klops, odnotowaliśmy nielegalną teleportację poza strefę pierwszą.
— Czy obiekt opuścił orbitę księżyca? — zagadnął.
— Nie. W każdym razie nie wystąpiły smugi dublujące na czaszy pola. Prawdopodobnie wylądował na stacji. Czy przysłać oddział celem przeszukania?
Prezydent zamyślił się na chwilę. Stacja była dziełem genialnych konstruktorów rasy Tarani. Miała sześć tysięcy poziomów, każdy o powierzchni ponad trzystu kilometrów kwadratowych. Odszukanie igły w stogu siana było milion razy łatwiejsze.
— Nie trzeba. Sam się tym zajmę. Bez odbioru.
Zatrzasnął laptopa i powrócił do swoich rozważań. Wyobraził sobie jak ściąga Zinie zębami czarną pończoszkę...
Tajemniczego intruza w ogóle nie zamierzał szukać.
IXWykop miał dobre pięć metrów głębokości. Był doskonale sześcienny, krawędzie, idealnie równe, a dno płaskie, z wyjątkiem części w której wyrastały z niego dobrze zachowane fundamenty budynku wzniesionego z cegły.
