
— Jestem gotów podjąć ryzyko.
Książę roześmiał się.
— Daj nam jeszcze trochę czasu na dopracowanie metody — powiedział.
Ocknął się. Napinał mięśnie nóg. Zaczęły się ruszać. Okowy lodu przerastające włókna zostały skruszone. Ale kolana miał nadal sztywne. Wypił jeszcze trochę wody. Zapomniał o czymś. Sięgnął do ust i namacał grubą nić pokrytą śluzem zaczepioną o zęby i niknącą w przełyku. Pociągnął ją powoli i ostrożnie. Omal się nie zadławił ale udało mu się. Powolnymi delikatnymi ruchami wydobył z wnętrza brzucha kawał gąbki nasączonej specjalnym polimerem. W jelitach miał mnóstwo styropianowych kulek ale na to nic nie mógł poradzić. Wyrzucił obojętnie gąbkę i odetchnął. Powietrze wpadło mu do żołądka i zapiekało go. Wychylił się poza wannę i długo wymiotował, choć żołądek jego był właściwie pusty.
— Jestem Nodar Tuszuraszwili — powtórzył z namysłem.
Napiął mięśnie. Wszystkie działały. Resztki lodu rozpuściły się w cieple. Nie wychodził jeszcze z wanny. Usiłował zgiąć nogi. Krótkimi ostrożnymi szarpnięciami. Wreszcie zwapnienia czy co to było w kolanach ustąpiły. Powolutku przyciągnął lewe udo do brzucha. Potem prawe. Ból torturowanych stawów prawie go oślepił. Ale nie poddawał się. Krok po kroku jego ciało odzyskiwało sprawność. Bardziej niepokojący był fakt, że rozbolało go serce. Widać odwykło od wysiłku. Oddychał głęboko walcząc z bólem płuc. Wreszcie poddał się. Nie dawał już rady.
— Morfina raz — wydał dyspozycje.
Stalowe drzwiczki w ścianie otworzyły się i wyjechała z nich tacka. Tacka była chyba kiedyś poniklowana, obecnie srebrne łuski sypały się wokoło jak płatki śniegu. Na tacce leżała szklana strzykawka i ampułka. Strzykawka zapakowana była niegdyś w plastykowe opakowanie, ale tworzywo stało się kruche i połamało się pod własnym ciężarem.
