
— On nie jest członkiem społeczności uniwersyteckiej, profesorze. To jeden z ludzi Jo-Jo.
— Jeśli nie jest członkiem społeczności uniwersyteckiej, to nie ma prawa tu przemawiać bez zezwolenia. Myślisz, że je posiada?
— Nie mam pojęcia, profesorze.
— W takim razie dowiedzmy się.
Seldon zaczął się przedzierać przez tłum, ale Finangelos złapał go za rękaw.
— Panie profesorze, niech pan niczego nie zaczyna. On ma ze sobą obstawę.
Za mówcą widać było sześciu młodych ludzi. Stali na szeroko rozstawionych nogach, ręce mieli splecione na piersiach, a miny bardzo groźne.
— Obstawę?
— Na wypadek awantury. Gdyby ktoś chciał się powygłupiać.
— W takim razie na pewno nie jest członkiem społeczności uniwersyteckiej i nawet zezwolenie nie usprawiedliwiłoby obecności tej, jak ją nazywasz, „obstawy”. Finangelos, wezwij strażników uniwersyteckich. Powinni tu już dawno być, i to bez wzywania.
— Pewnie nie chcą mieć kłopotów — wymamrotał Finangelos. — Proszę pana, profesorze, niech pan nic nie robi. Jeśli chce pan, żebym wezwał strażników, zrobię to, ale proszę, by się pan wstrzymał do ich przybycia.
— Może mógłbym przerwać to, zanim przybędą.
Seldon zaczai się przepychać między ludźmi, co nie było znowu takie trudne. Niektórzy z obecnych rozpoznawali go, a wszyscy pozostali widzieli naszywkę profesorską na jego ramieniu. Doszedł do platformy, oparł na niej dłonie i nieco sapiąc, wskoczył na górę. Boleśnie rozczarowany pomyślał, że dziesięć lat temu potrafiłby to zrobić, pomagając sobie tylko jedną dłonią, i nie zasapałby się przy tym.
Wyprostował się. Mówca przerwał, a w jego wzroku pojawiły się ostrożność i chłód.
— Proszę o zezwolenie na przemawianie do studentów — zażądał spokojnie Seldon.
— Kim pan jest? — zapytał mówca. Wypowiedział te słowa głośno i wyraźnie.
