Sosnowe lasy były ciche i spokojne. Tam, gdzie prześwitywało słońce, świeży śnieg lśnił srebrzyście na szmaragdowych gałęziach. Przez drogę przebiegł kudłaty królik. Nie wiedziała dokąd zmierza. To nie było ważne. Słusznie przewidywała że w tym odludnym zakątku odrodzi się na nowo. Wokół czekały na zbadanie nieskończone połacie lasów. Wynajęta chatka była idealną przystanią dla kobiety, która planowała żyć jak pustelniczka i mniszka. Nie było rodziny, którą mogłaby rozczarować. Nie było całego miasteczka które zaglądało jej przez ramię, czekając na następną okazję do powiedzenia: „A nie mówiliśmy”. I chociaż wszyscy ci Fredowie, George'owie i Benowie doprowadzali ją w barze do szalu, w ciągu dnia nie musiała oglądać żadnej ludzkiej istoty.

W jej myślach pojawiła się wizja niebieskookiego olbrzyma.

Myślała o nim, po prostu dlatego, że niczym to nie groziło, nie budziło żadnych pragnień. Zapamiętała niezwykły wzrost obcego, spojrzenie jego zadziwiających oczu. Pamiętała, że uznała go za niesamowitego faceta i z tego samego powodu nie czuła się zaniepokojona. Tacy faceci nigdy się nią nie interesowali. Wyglądała zbyt zwyczajnie.

Przez cały czas, gdy go obsługiwała był uprzejmy, spokojny, nie posuwał się do żadnych kpin i przekomarzań. Obserwowanie go, to jak oglądanie wystawy zamkniętego sklepu ze słodyczami. Nie groziło jej, że skuszą ją niebezpieczne kalorie. Lecz na pewno go nie zapomni.

Nie zapomni tego, jak nagle się zerwał i wyrzucił Freda Claire'a. Poruszał się jak łowca, szybko i pewnie. Wyciągnął Freda z baru, nim ktokolwiek zauważył, co się dzieje. Nie powiedział ani słowa, nawet nie wrócił do środka. Mary Ellen nie wiedziała, co zrobił, ale kiedy pan Zaczepialski usiadł z powrotem przy stoliku, był grzeczny jak uczeń szkółki niedzielnej.

Miała dług wobec tego olbrzyma. Podziękuje mu – jeśli znów go zobaczy. Świeży śnieg skrzypiał pod nartami. Nie jeździła



11 из 121