
W jej myślach pojawiła się wizja niebieskookiego olbrzyma.
Myślała o nim, po prostu dlatego, że niczym to nie groziło, nie budziło żadnych pragnień. Zapamiętała niezwykły wzrost obcego, spojrzenie jego zadziwiających oczu. Pamiętała, że uznała go za niesamowitego faceta i z tego samego powodu nie czuła się zaniepokojona. Tacy faceci nigdy się nią nie interesowali. Wyglądała zbyt zwyczajnie.
Przez cały czas, gdy go obsługiwała był uprzejmy, spokojny, nie posuwał się do żadnych kpin i przekomarzań. Obserwowanie go, to jak oglądanie wystawy zamkniętego sklepu ze słodyczami. Nie groziło jej, że skuszą ją niebezpieczne kalorie. Lecz na pewno go nie zapomni.
Nie zapomni tego, jak nagle się zerwał i wyrzucił Freda Claire'a. Poruszał się jak łowca, szybko i pewnie. Wyciągnął Freda z baru, nim ktokolwiek zauważył, co się dzieje. Nie powiedział ani słowa, nawet nie wrócił do środka. Mary Ellen nie wiedziała, co zrobił, ale kiedy pan Zaczepialski usiadł z powrotem przy stoliku, był grzeczny jak uczeń szkółki niedzielnej.
Miała dług wobec tego olbrzyma. Podziękuje mu – jeśli znów go zobaczy. Świeży śnieg skrzypiał pod nartami. Nie jeździła
