
Coraz bardziej intrygował ją ten obcy, którego teraz lepiej poznawała. Pracę miał ciekawą, niebezpieczną i trudną. Ale to do niego pasowało. Ta spokojna pewność siebie znamionowała siłę, nie arogancję. Znalazł swoje miejsce w życiu, był pewien, czego chce.
Lubiła go, zwyczajnie lubiła. Nawet jego zagadkowe uśmiechy nie wzbudzały w niej niepokoju i nie hartowały ciekawości. A naturalna kobieca ciekawość kazała rozglądać się dookoła.
Na telewizorze stały dwie fotografie: mężczyzny i kobiety. Oboje starsi od niego. Może rodzice? Drugie zdjęcie ukazywało dwójkę nastoletnich dziewcząt obejmujących się ramionami, uśmiechających się sztucznie do aparatu. Dostrzegła jego strzelbę na hakach ponad drzwiami i masę książek, leżących w bezładzie obok fotela. To miejsce pachniało męskim aromatem skóry i wełny, co uznała za zabawny kontrast z rzędem butelek do karmienia niemowląt, suszących się nad zlewem. Stary mikser stał na kuchennym blacie. Obok leżał worek żółtej mącznej substancji. Podejrzewała że jest to podstawa robionej przez Steve'a mieszanki.
– Nie mogę uwierzyć, że zapomniałam zapytać… jak tam moje maleństwa? Zaśmiał się.
– Twoje maleństwa… Te małe łobuzy dziś po południu podrapały mi rękę. Mogę trzymać tylko dwie butelki naraz, a jedna z tych małych wilczyc nie chciała czekać na swoją kolej.
– To musiała być wilczyca, prawda? Zawsze cała wina spada na kobiety.
– Chwileczkę. Bronisz jej, a to przecież ja jestem ranny.
– Zauważyłam te dwa zadrapania. Trudno nazwać je ranami. – Przekomarzała się z nim i coraz łatwiej przychodziło jej swobodne zachowanie. – Dziś wieczorem też musisz karmić te szczeniaki?
– Tak, powinienem. – Usunął talerze, co zajęło mu jakieś dwie sekundy, a potem przyniósł dzbanek z kawą i dwa kubki. – Mam nadzieję, że za parę dni będę mógł zrezygnować z tego nocnego karmienia. To mnie naprawdę irytuje. Zmarszczyła czoło.
