
Steve właśnie kończył jeść ciasto, gdy Mary Ellen podeszła i wsunęła pod jego talerz rachunek. Mocno przygryzła wargę. Oczy miała zmrużone i pełne napięcia. A jednak w głosie zabrzmiała urocza nieśmiałość.
– Wrócę, jeśli będzie potrzebna reszta.
Zniknęła zanim Steve zdążył sięgnąć do kieszeni po portfel. Nie potrzebował reszty. Wyłożył banknoty na stół, dość dużo, by wystarczyło na ogromny napiwek – zasłużyła na to. Dzięki temu, powiedział sobie, przestanie o niej myśleć. Teraz marzył tylko o powrocie do domu. Wyobrażał już sobie łóżko w przyczepie i jak nago wsuwa się pod ciepłą kołdrę. Nie istniało nic spokojniejszego niż noc w lesie na północy, a gorąca kolacja dopełniła dzieła. Był zmęczony, potwornie, prawie śmiertelnie zmęczony.
Mógłby przysiąc, że wcale na nią nie patrzy. Lecz gdy sięgał po kurtkę, oczy jakby mimowolnie spojrzały w drugi koniec sali, ponieważ dokładnie zauważył moment, kiedy Fred objął ją w talii.
Teraz nie miała tacy, ale też nie spodziewała się ataku. Niezgrabnie wylądowała mu na kolanach. Fred coś powiedział; bez wątpienia jakiś wulgarny komplement, gdyż pozostali parsknęli śmiechem. Usiłowała się uwolnić, a Fred próbował ją przytrzymać.
– Do diabła – mruknął zniechęcony Steve i wstał.
Nie było mu to potrzebne. Miał własne kłopoty. Ale, do licha, teraz dziewczyna nie była już zarumieniona, tylko śmiertelnie blada. Nawet z tej odległości widział, że nie jest po prostu wzburzona czy zakłopotana, ale zwyczajnie przerażona.
Przeszedł przez salę tak cicho, że nikt go nie zauważył, póki nie chwycił kelnerki i uwolnił z uścisku Freda.
– Hej – zaprotestował Claire.
Wystarczyła sekunda, by dziewczyna odzyskała równowagę. Przez ten krótki moment Steve trzymał dłonie na jej talii, czuł ciepło sprężystego ciała, pochwycił delikatny kobiecy zapach. Podniecała go, to było pewne.
