
Rose zagryzła wargi. Trudno polemizować z faktami.
– W porządku, niech pan robi, jak pan uważa – zwróciła się do Baina. – Dobrze pan wie, że dolna przystań na nic mi się nie przyda.
Niech diabli wezmą Rogera Baina, doktora Connella i jego cholerne pieniądze, pomyślała i przetarła oczy dłonią, aby ukryć Izy. Na jej twarzy pozostała czarna smuga.
– Proszę zaczekać. – Doktor Connell zatrzymał ją w progu i wyjął z jej drżących palców rachunek, po czym spojrzał na Rogera Baina. – Jeśli dobrze zrozumiałem, pani O’Meara ma prawo cumować przy mojej przystani.
– Skądże – gorączkowo zaprotestował Bain. – Wszystko polega na nieporozumieniu…
– Chyba i ja nie wszystko rozumiem. – W pokoju zapadła martwa cisza, którą po dłuższej chwili przerwał ostry głos Connella. – Proszę mi wyjaśnić, dlaczego pani O’Meara ma rachunek za stanowisko przy pomoście, które ja wynająłem?
– Panie doktorze – Bain był wyraźnie zakłopotany – zapewniliśmy panu cztery stanowiska, ale teraz pani O’Meara usiłuje dostać jedno z nich i…
– Jak to „usiłuje”, skoro już zapłaciła? Bain wbił wzrok w podłogę.
– Tak, zapłaciła, ale…
– Zatem należy jej się miejsce?
– Pań przecież potrzebuje całego pomostu.
– Potrzebowałem i potrzebuję – przyznał właściciel jachtu – ale nie chcę wchodzić w czyjeś słusznie nabyte prawa. – Ryan obrzucił Rose przelotnym spojrzeniem. – Przesunę „Mandalę” tak, żeby nie blokowała czwartego stanowiska. Pani O’Meara, może tam pani umieścić swoją łódź.
– Dzię… – zająknęła się Rose. – Dziękuję panu.
– Niestety – odparł chłodno Ryan – nie mogę się odwzajemnić stwierdzeniem, że robię to z przyjemnością. Mam nadzieję, że zadba pani o to, aby pani poczynania nie kolidowały z moimi.
Rose poczuła, jak wzbiera w niej złość. Miała formalne i moralne prawo do miejsca przy pierwszej przystani i nie potrzebowała niczyjej łaski, gdyż pieniądze są pieniędzmi.
