Jeszcze poprzedniego wieczoru zacumowała „Krokodylka” na czwartym stanowisku, turyści musieli więc minąć po drodze należącą do Connella „Mandalę”. Przypinając rower do słupka, Rose zerknęła na pomost i serce jej zamarło. Ryan Connell stał z założonymi rękami przy burcie jachtu i z wściekłością spoglądał na gapiów, którzy chwile oczekiwania zabijali oglądaniem luksusowej łodzi.

Rose nie miała ochoty na kłótnie, tej jednak nie dało się uniknąć. Ze zwieszoną głową powlokła się w kierunku swej łodzi.

– Proszę, proszę – usłyszała drwiący głos Ryana – w końcu raczyła się pani zjawić.

Nie mniej poirytowani okazali się pasażerowie. Z grupki czekających wyrwał się grubas z wyraźnym nadciśnieniem i wielkim jak spodek zegarkiem, który podsunął jej pod nos.

– Dwadzieścia minut spóźnienia – wyskandował głosem pełnym oburzenia. – Ja i moja żona opłaciliśmy dzisiaj jeszcze jeden rejs, więc jeśli się spóźnimy, będzie nam pani musiała pokryć straty.

– Bardzo przepraszam… Spóźniłam sicz nie swojej winy. O której musicie państwo być z powrotem?

– Wpół do pierwszej.

– Proszę się nie martwić, będziemy na czas.

– To pewnie mniej zobaczymy za te same pieniądze – prychnął grubas.

– Proszę wsiadać, nie traćmy więcej czasu – zachęcała Rose turystów, a jednocześnie musiała użyć wszystkich sił, żeby nie wybuchnąć płaczem i nie czmychnąć gdzie pieprz rośnie. Gdy wszyscy znaleźli się już na pokładzie, poszła zwolnić dziobową cumę, tu zaś czekał na rufie swej „Mandali” doktor Ryan Connell.

– Mam nadzieję, że to się nie powtórzy – oznajmił cierpko. – Pani klienci najwyraźniej uznali mój jacht za jeszcze jedną atrakcję turystyczną. Roy, mój sekretarz, ma ważniejsze sprawy na głowie niż pełnić rolę wartownika. A pani miała odbić od przystani o ósmej.

Znienacka całe jej przygnębienie i zmęczenie przemieniły się w zimną furię.



16 из 116