
– Dziękuję, ale sama dałabym sobie radę – prychnęła Rose, zła, że musi znowu przybić do. pomostu, aby wysadzić tamtego.
– Ile kosztuje bilet? – zapytał Connell.
– Nie ma już wolnych miejsc.
– Doprawdy? – zapytał z niedowierzaniem i przyjrzał się tablicy rejestracyjnej. – Siedemnaście miejsc pasażerskich – przeczytał na głos, a potem odwrócił się, policzył siedzących i oznajmił: – Tymczasem razem z panią jest na pokładzie piętnaście osób.
– Ja…
– Nie chce pani zarobić ani centa więcej? – Uśmiechnął się ironicznie. – W porządku, proszę mnie zatem uznać za członka załogi. Przydam się, jeśli trzeba będzie popchać na mieliźnie.
Rose nie potrafiła powstrzymać uśmiechu na samą myśl, że ktoś miałby popychać łódź w rzece, w której roiło się od krokodyli. A gdyby już miało do tego dojść, najlepiej by było, gdyby zrobili to razem Connell i Bain.
– Trudno, nie będę zawracać – powiedziała Rose i głośno zwróciła się do pasażerów: – Wszyscy państwo słyszeliście: obiecał, że nas popcha, kiedy zajdzie taka potrzeba.
Pierwsze dwie godziny wycieczki upłynęły w spokoju; być może obecność Ryana wpłynęła kojąco na turystów, być może podziałał tak piękny, słoneczny poranek.
Tyle że i tym razem krokodyli nie było ani na lekarstwo, więc po kilkudziesięciu minutach pojawiły się głosy rozczarowania i pretensje. Gdzie się podziały te złośliwce? Najpewniejsze miejsca okazały się dziś puste. Rose zmarszczyła brwi: dopiero październik, więc kilka gadów powinno być na widoku. Widocznie krokodyle były jednak innego zdania.
Rose podała turystom przygotowane jeszcze w domu drinki i ciasteczka, sama zaś rozpaczliwie rozglądała się po mokradłach.
