
– Jak pani mówiła? – odezwał się zaczepnie tłuścioch, który dał się jej we znaki już na przystani. – O której będziemy z powrotem?
– Około dwunastej.
– Jest już jedenasta, a krokodyli ani widu, ani słychu.
– Czasami tak bywa, że się pochowają, a wtedy…
– Bardzo przepraszam – przerwał jej wojowniczo grubas. – W reklamie rejsu było powiedziane, że zobaczymy krokodyle. Znam swoje prawa. Nie będzie krokodyli, zwraca nam pani pieniądze.
– Robię wszystko, co…
– Mnie zupełnie nie interesuje, co pani robi. Chcę zobaczyć krokodyle!
– Tam jest jeden.
Grubas zamilkł z otwartymi ustami, a Ryan Connell przemówił po raz pierwszy od chwili, kiedy zasiadł w fotelu obok niej i ze znudzonym wyrazem twarzy wpatrywał się w odległy błotnisty brzeg.
– Nie bardzo rozumiem, o co ta kłótnia. Ja zdążyłem zobaczyć już trzy gady.
– Trzy?
Rose nie mogła uwierzyć własnym uszom. Potrafiła bardzo sprawnie wypatrywać krokodyle, mogła więc od biedy przegapić jednego, ale aż trzy?
– Trzy – potwierdził ze spokojem Connell. – Mogło ich być więcej, ale specjalnie się nie rozglądałem. – Machnął leniwie w kierunku brzegu. – Tamten jest naprawdę duży, to z pewnością samiec. Jeśli się dobrze przyjrzeć, to z tyłu, pod zeschłym namorzynem, można zobaczyć samicę, chociaż z tej odległości wygląda po prostu jak pień.
– Gdzie? – dopytywała się Rose.
– Doprawdy, nie widzi pani nawet samca, pani O’Meara? Niech pani podpłynie trochę bliżej.
Rose posłuchała, ale z powodu płycizn nie mogła nazbyt oddalić się od środka rzeki. Tak czy owak, we wskazanym kierunku mogła dostrzec tylko wielki pień.
– Nie widzę żadnego krokodyla – oznajmił wojowniczy grubas.
– Ani ja – poparła go Rose.
– No proszę – powiedział ironicznie Connell i splótł ręce na piersiach. – Nawet nasza przewodniczka dała się nabrać. Kawał spryciarza z tego gada, trzeba przyznać. Leży, ani drgnie i bardzo łatwo wziąć go za pień. Trzeba dobrych oczu, żeby go rozpoznać.
