– Pan ma kwalifikacje, a ja nie. Koniec, kropka.

– Tak czy owak, zapraszam panią na kolację.

– Nie dzisiaj – odrzekła, ale w jej głosie mniej już było stanowczości. Usiłowała ominąć Ryana, ale on chwycił ją za rękę. – Proszę mnie puścić. Chcę wrócić do domu i wziąć kąpiel.

– A więc jedyną przeszkodą jest ten olej?

– Powiedzmy.

– Może uda mi się pomóc. – Zanim Rose zdążyła się zorientować, silne ręce porwały ją w powietrze. – Mam dobry środek na takie uparte plamy.

– Co pan sobie… Proszę mnie puścić… Natych…

– Słowa protestu uwięzły Rose w gardle, gdy zobaczyła, że z drugiego końca pomostu z zaciekawieniem i rozbawieniem przypatruje im się grupka turystów.

– Za chwilę panią uwolnię – obiecał Ryan, który najwyraźniej nic sobie nie robił z takich protestów. Byli już na pokładzie „Mandali”; szerokie, mahoniowe drzwi do kabiny były otwarte na oścież.

Rose tymczasem oniemiała ze zdumienia i ze złości. Przez dwadzieścia sześć lat życia nigdy jeszcze nie została potraktowana tak obcesowo. I to przez kogo? Przez jakiegoś szaleńca, który porywa ją do swojej twierdzy.

Właśnie: do twierdzy! Powinna więc się wyrywać, krzyczeć na całe gardło, zaalarmować wszystkich turystów w promieniu kilometra, a przecież nie robiła tego. Dlaczego? Co zasznurowało jej usta? Dlaczego poddała się uściskowi tych opiekuńczych ramion, które niosą ją do…

Do łazienki. Ryan Connell długimi krokami przemierzył pomieszczenie, które służyło do rejestracji chorych, i nogą popchnął drzwi.

Rose nigdy jeszcze nie widziała czegoś podobnego.

Ściany, sufit i podłogę olśniewająco białej łazienki wyłożono pięknie wyszlifowaną włoską glazurą. Nigdzie nie widać było luster, ale na dobrą sprawę w zupełności zastępowały je kafelki. Pośrodku, wpuszczona w podłogę, znajdowała się ogromna wanna: w istocie malutki basenik wypełniony parującą wodą, która czekała na ukojenie zmęczonego ciała. Ryan Connell ramieniem przycisnął jakiś guzik przy drzwiach, a woda w kąpieli zafalowała z bulgotem.



24 из 116