Spędziła w wannie ponad godzinę. Woda utrzymywała stałą temperaturę, a okazało się, że w jednym miejscu obudowa wanny uformowana jest w kształt siedzenia, pozwalającego wygodnie usiąść i oprzeć głowę o kafelki. Rose przymknęła oczy i zapadła w półsen, w którym rozpłynęły się myśli o dziadku, kłopotach finansowych i o natrętnym doktorze Connellu…

Kiedy się ocknęła, opuszki palców miała pomarszczone jak suszone śliwki, ale nie widać już było na nich nawet najdrobniejszej plamki. Szybko uprała szorty oraz koszulkę, a potem z ociąganiem wyszła z wanny. Jednym ręcznikiem wytarła całe ciało, drugim podsuszyła włosy, a następnie owinęła się w gruby szlafrok. Wzięła głęboki oddech. Trzeba stawić wreszcie czoło światu, kredytom bankowym, pustemu domowi, ale… Ale najpierw trzeba stawić czoło Ryanowi Connellowi.

Najlepiej byłoby włożyć na siebie mokre ciuchy, otworzyć drzwi, powiedzieć dumnie: „Dziękuję za kąpiel i przepraszam za tych kilka kropel na dywanie”, a potem dumnym krokiem ruszyć do mahoniowych drzwi. Do pustego świata.

Przyglądała się w zamyśleniu swoim stopom. Nie polakierowane paznokcie. Tak, z pewnością w niczym nie przypomina kobiet, pośród których Connell się obraca. Wzbudzam w nim współczucie, pomyślała, łaskawe współczucie bogacza dla nędzarki. Znowu poczuła złość i zdecydowanym ruchem otworzyła drzwi łazienki.

Ryan rozmawiał właśnie przez telefon w pokoju za salką recepcyjną. Wystarczyło tylko rozsunąć drewniane drzwi, a biurowe pomieszczenie rozszerzało się w elegancki salon.

Uśmiechnął się na widok zdumienia w jej oczach, wskazał ręką butelkę, która mroziła się w wiaderku, i stojący obok kieliszek, a sam dalej mówił do słuchawki.



27 из 116