– Skoro płuca są już wolne, nie ma powodu, żeby chłopak zostawał w Cairns. W domu znacznie szybciej dojdzie do siebie. – Po drugiej stronie padło jakieś pytanie, na które odpowiedział: – Tak, w Kora Bay jest już lekarz i od tej chwili sami możemy przeprowadzać wszystkie rutynowe badania oraz zabiegi.

Rose stanęła w pąsach. „Od tej chwili”. Od tej chwili nie jest już potrzebna w Kora Bay. Nie jest potrzebna w domku dziadka. Podeszła do stolika, wyjęła z lodu butelkę i przyjrzała się jej nieufnie. Szampan, tak jak przypuszczała. Starannie odstawiła luksusowy trunek na miejsce, a potem usiadła na skraju kanapy, możliwie jak najdalej od Jego Wielmożności Doktora Ryana Connella. Czuła się jak uczennica, która przez pomyłkę weszła do nie swojej klasy.

Dwie minuty później właściciel „Mandali” odłożył słuchawkę i przyjrzał się gościowi. Z głową wtuloną w ramiona, z podkrążonymi oczami i dłońmi zaciśniętymi w pięści, Rose wydawała się zagubiona i wystraszona. Ryan Connell podszedł do stolika, aby uzupełnić swój kieliszek.

– Nie pije pani?

– Nie, a przynajmniej…

– Nie ze mną, rozumiem. – Pokiwał głową i przeszedł przez pokój. Rose zerwała się i ciaśniej oplotła połami szlafroka. Był gruby i miły, ale pod spojrzeniem Connella, które niezmiennie przypominało jej, że jest kobietą, czuła się naga.

– Powtarzam, że nie żywię wobec pani żadnych niebezpiecznych zamiarów. – Przez chwilę patrzył w jej wielkie, zielone oczy, a potem spytał: – Zgadła pani, o kim rozmawiałem?

– Uhm – mruknęła. – O Lennym Carterze.

– Tak. Miał jeszcze trochę wody w płucach, wysłałem go więc do Cairns. Przed chwilą zadzwonili, że wszystko już w porządku.

– Wspaniale.

– Dzięki pani – powiedział, a kiedy pokręciła głową, dodał: – Z prośbą o pomoc odruchowo zwrócili się do pani.

Gdyby zaczęli dopiero szukać lekarza, to zanim dowiedzieliby się o mnie, chłopak już by nie żył. Tak więc uratowanie mu życia to pani zasługa.



28 из 116