
Rose za wszelką cenę starała się uspokoić, a jednocześnie przypatrywała się nieznajomemu. Był o jakieś dziesięć lat od niej starszy – sama miała dwadzieścia sześć lat – opalony niemal tak samo jak ona, a w ciemnych włosach widać było pasemka siwizny. Jego oczy, zmrużone teraz z powodu ostrego słońca, błyszczały złością.
Był kiedyś przystojny, pomyślała Rose bezwiednie, nadal lustrując postać nieznajomego. Na lewym policzku i czole widniała duża blizna po oparzeniu, lekko deformująca powiekę, co całej twarzy nadawało dość niesamowity wyraz. Podobnie pokancerowana była lewa dłoń. Kiedy nieznajomy pochwycił wzrok Rose, parsknął z irytacją i włożył rękę do kieszeni spodni.
– Czy może mi pani wyjaśnić, co panią tutaj sprowadza?
– Przyszłam poprosić, żeby opuścił pan moje miejsce.
Rose usiłowała się wyprostować, chociaż mając metr siedemdziesiąt trudno dorównać komuś, kto jest dobre kilkanaście centymetrów wyższy. Włożyła obie ręce do kieszeni szortów i obrzuciła mężczyznę najbardziej twardym ze swych spojrzeń.
Złość nieznajomego osłabła i na twarzy pojawił się wyraz rozbawienia.
– Pani miejsce? – powtórzył, jakby nie rozumiejąc.
– Zajął pan moje miejsce, za które słono zapłaciłam. A tylko dlatego, że pana łódź jest większa od mojej…
– Pani ma łódź? – zapytał z niedowierzaniem nieznajomy.
– A dlaczegóżby nie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Zapadła dłuższa cisza, podczas której wzrok mężczyzny ześliznął się z włosów i twarzy na odsłonięte nogi Rose, a potem powędrował wzwyż po zaplamionych szortach i pomiętej koszulce z napisem: „O’Meara. Wyprawy na krokodyle”.
Rose poczuła rumieńce na policzkach. Wtargnęła na jacht jako osoba dochodząca swoich praw, zupełnie niezależnych od płci, teraz jednak wzrok mężczyzny przypomniał jej, że jest kobietą w każdym calu, co zupełnie jej się nie podobało.
– Tak, mam łódź i właśnie tutaj powinna cumować. Nie ma pan najmniejszego prawa…
