– Ale… – Z doświadczeń Rose wynikało, że w taki sposób radzą sobie lekarze, którzy nie mogą znaleźć stałej klienteli i dlatego nigdy nie opływają w przesadne dostatki. – Ale…

– Chodzi pani o to, skąd miałem pieniądze na kupno „Mandoli”?

– Nie… – bąknęła Rose, speszona bezpośredniością pytania. – To znaczy, tak, – Przez osiem lat miałem gabinet w Brisbane.

– Więc czemu pan to rzucił?

– To już moja sprawa – powiedział głosem, który ucinał dyskusję. – A teraz, pani doktor…

– Nie jestem…

– Skoro przebyła pani sześcioletnie studia, ma pani prawo mienić się lekarką. Tak czy owak, dajmy już pokój wypytywaniu się nawzajem, gdyż teraz musi się pani zająć swoimi włosami. – Podszedł do kanapy, rozwiązał ręcznik, którym Rose owinęła głowę, i przeciągnął palcami po jej splątanych włosach. – Na pewno nie ma pani grzebienia. Chyba powinna pani nosić torebkę.

– Włosy są już w porządku. Niepotrzebny mi grzebień. Bez słowa zniknął w łazience i po chwili powrócił z niej ze szczotką w jednej, a grzebieniem w drugiej dłoni. Rose w popłochu zerwała się na równe nogi.

– Nie, nie – zaprotestowała gwałtownie. – Nic im się nie stanie, jeśli tak wyschną. I tak potargają się jutro na łodzi.

– To tłumaczy pewną niesforność pani fryzury – pokiwał głową Ryan Connell. – Pani doktor, zechce pani usiąść, czy woli być pani posadzona?

– Posadzona?

– Tak, posadzona. Podniesiona do góry i usadzona na swej niezwykle skądinąd kształtnej pupie, jeśli nie obrazi się pani za to określenie. Wybór należy do pani.

Rose spojrzała mu w oczy i zrozumiała, że ma do wyboru tylko dwie możliwości, skorzystała więc z pierwszej i usiadła, mnożąc zarazem w myśli określenia typu: zarozumiały bogacz, męski szowinista, arogant…



30 из 116