
– Ależ wprost przeciwnie – przerwał jej. – Mam prawo. – Zdrową ręką sięgnął do kieszonki koszuli i wyciągnął złożony kawałek papieru. – Mam prawo do wszystkich czterech miejsc przy tej przystani, W Kora Bay nie przyjmuje ani jeden lekarz, więc zarząd portu zgodził się, żebym udzielał tutaj porad. Wniosłem wszystkie konieczne opłaty.
– Ja też zapłaciłam… – wykrzyknęła Rose z oburzeniem, ale już w trakcie wypowiadania tych słów zrozumiała, co się stało. Zarząd portu… Zacisnęła pięści ze złością i przez zaciśnięte zęby mruknęła: – Roger!
– Przepraszam? – Nieznajomy był najwyraźniej stropiony.
To na pewno sprawka Rogera, ale jak śmiał? Zrobiła dwa gniewne kroki w kierunku trapu, który z pokładu prowadził na pomost, ale mężczyzna był szybszy. Poczuła na ramieniu mocną dłoń i chcąc nie chcąc stanęła.
– Proszę mnie puścić – poprosiła i oswobodziła ramię. To wina Rogera Baina, szefa portu, który marzył tylko o tym, żeby nareszcie mieć tutaj punkt medyczny, inaczej bowiem, jego zdaniem, najpoważniejsze biura turystyczne będą ich uparcie omijać. „Wodne ambulatorium”! Roger był gotów na wszystko dla takiego celu.
– Proszę mnie puścić – syknęła, czując, jak dłoń mężczyzny ponownie zaciska się na jej ramieniu.
– Jeśli pozwolę pani teraz odejść, może pani popełnić morderstwo.
– Morderstwo mogę popełnić, jeśli będę zmuszona tu zostać..
– Doprawdy? – Nieznajomy puścił jej ramię, ale nadal blokował dojście do trapu. – Pistolety na dwadzieścia kroków czy też zadusi mnie pani gołymi rękami? – zapytał kpiąco.
– Proszę mnie puścić – powtórzyła.
Potrząsnął powoli głową, a w jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. Ona zaś… Ona zaśnie mogła oderwać wzroku od tych oczu, bezsilna niczym ćma na widok światła lampy.
Po chwili otrząsnęła się i powiedziała chłodno:
– Wdarłam się na pański jacht. – Jej głos brzmiał niepewnie. – Pan ma mi to za złe, a ja też nie chcę przedłużać tej wizyty, więc proszę pozwolić mi odejść.
