
– Jak się pani nazywa?
– Nie mam zamiaru…
– Nie odejdzie pani stąd, póki się nie dowiem, jak się pani nazywa.
– Nic to pana…
– Znalazła się pani na moim jachcie, a tu obowiązują moje reguły. Więc?
Głęboko odetchnęła i powiedziała z ociąganiem:
– Rose O’Meara.
Zerknął na jej koszulkę i wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.
– A, tak. Powinienem się był domyślić. – Wyciągnął do niej prawą rękę i dodał: – Ryan Connell.
Ryan Connell. Lekarz z AKTM. Oczywiście.
– Powinnam może powiedzieć, że miło mi pana poznać – wycedziła przez zaciśnięte zęby – ale po co mam kłamać. A teraz wybaczy pan, ale muszę załatwić jeszcze kilka spraw.
– Rozumiem. Musi pani kogoś zabić.
– Nie mam zamiaru nikogo zabijać.
– Obiecuje pani?
Przyjrzała mu się zaskoczona. Pytanie zabrzmiało dziwnie serio. Patrzył na nią intensywnie i badawczo, jakby chciał dotrzeć do najgłębszych zakamarków jej duszy.
Poczuła się nieswojo i wzruszyła niecierpliwie ramionami. Doszła do wniosku, że ma przed sobą typowego, aroganckiego, bogatego lekarza, z którym rozmowa jest stratą czasu. To Roger Bain pozbawił ją miejsca na przystani i to z Rogerem Bainem musi porozmawiać. Im szybciej, tym lepiej.
– Obiecuję. A teraz mogę już iść?
Zmarszczył brwi, a Rose odniosła wrażenie, że mężczyzna wcale nie chce się z nią rozstać. W jego oczach jak gdyby mignął wyraz samotności, tak trudnej do pogodzenia z całą postawą. Ale… Ale był bogaty i miał swoją dochodową praktykę, ona zaś miała długi i jeśli nie uda jej się załatwić sprawy z Rogerem, wzbogaci kolumnę bankructw w roczniku statystycznym.
– Idzie pani do Rogera Baina?
– Chyba nie powinno to pana obchodzić.
– Proszę odpowiedzieć.
Przez chwilę szukała właściwych słów, aż w końcu zaczęła sarkastycznie:
– Tak, szanowny panie. Zupełnie jednak nie… Przerwał jej okrzyk z końca przystani. W ich kierunku biegł mężczyzna i wymachiwał rękami.
