
– Pani doktor!
Rose ze zdumienie rozpoznała Leo Cartera, miejscowego rybaka. Leo nigdy nie biegł, jeśli mógł iść powoli, i nigdy nie szedł, jeśli mógł usiąść. Widocznie stało się coś ważnego.
– Pani doktor! – wykrzyknął ponownie. – Szybko! Zanim Ryan Connell zdążył zareagować, Rose przemknęła po trapie i pobiegła na spotkanie rybaka.
Spotkali się w połowie drogi. Leo chwycił ją za rękę, zawrócił i pociągnął za sobą.
– Dzieciak – wysapał. – Daję słowo, spuściłem go z oka tylko na chwilę.
– Lenny?
Tak miał na imię czteroletni syn Lea.
– Uhm… Nie zauważyłem… On… nie oddycha. Był w wodzie niecałą minutę. Anim się spostrzegł, kiedy wpadł…
Rose nie słuchała już dalej i puściła się biegiem w kierunku kutra Lea.
Chłopiec leżał bezwładnie na pokładzie, a nad nim klęczała matka, która rozpaczliwie usiłowała wtłaczać powietrze ze swych płuc w usta synka, ale roztrzęsiona i zapłakana robiła to bardzo nieudolnie.
– Za późno, Rose – zaszlochała na widok lekarki. – On… Boże, Boże… on nie żyje.
Rose bez słowa zeskoczyła na pokład i chwyciła chłopca w ramiona. Jedną ręką przytrzymała jego bezsilne ciałko, a drugą zaczęła coś robić w ustach, z których po chwili chlusnął strumień morskiej wody.
– Rose! Czy…
Nie było czasu na rozmowy. Rose ułożyła Lenny’ego na pokładzie, otoczyła ustami wargi chłopca i zrobiła głęboki wdech. Poczuła, że ktoś nachyla się nad nią i kątem oka dostrzegła, jak męskie palce chwytają za przegub dziecka.
– Nie ma pulsu – rozległ się znany jej już, stanowczy głos, – Proszę nie przerywać sztucznego oddychania; ja zajmę się masażem serca.
Ryan Connell.
Rose ze wszystkich sił próbowała ożywić zamarłe dziecięce płuca. Lenny, proszę, błagała chłopca niemo. Mały urwis był jedynakiem i gdyby rodzice mieli go utracić…
Wzdragała się przed dokończeniem tej myśli. Słyszała, jak koło niej Ryan Connell rzuca krótkie pytania, a jednocześnie rytmicznie uciska drobną pierś.
