– Jak długo był w wodzie?

– Nie… Nie wiem dokładnie – wykrztusił Leo. – Ale nie dłużej niż dwie, trzy minuty.

Nawet okaleczona ręka Ryana pozostała dostatecznie silna, aby podołać koniecznej pracy. Rose wytrwale przekazywała swój oddech Lenny’emu. Proszę, błagam, proszę…

I wtedy drobne wargi delikatnie drgnęły pod jej ustami. To mogło być złudzenie, kątem oka zerknęła więc na Ryana, który znowu sięgnął doprzegubu chłopca i twarz mu się lekko rozjaśniła.

– Jest puls – oznajmił zwięźle.

Ucisk męskich rąk odrobinę zelżał. Rose zrobiła jeszcze jeden wydech, a usta chłopca wyraźnie się poruszyły. Zduszony, chrapliwy oddech. I następny.

– Lenny, kochanie… – Jenny Carter porwała syna w objęcia. – Moje dzieciątko…

– Niech leży na boku – ostrzegła Rose – inaczej może się udławić wymiocinami. Trzeba go przenieść do naszego ambulatorium.

– Na jachcie mam potrzebne urządzenia – sprzeciwił się Ryan, a widząc, że Rose chce protestować, zapytał: – Czy jest tam aparat rentgenowski?

– Nie.

– To nie ma o czym mówić. – Ryan wyprostował się. – Zanieście go na mój jacht. Muszę sprawdzić płuca.

I nagle Rose poczuła się zbyteczna. Leo Carter uniósł syna i ruszył za lekarzem, ale zdążył jeszcze rzucić Rose niepewne spojrzenie.

– Doktor Connell zaopiekuje się wami.

– Rose, ja. – Nie wiem, jak…

– Nie dziękuj, idź. Ja już jestem niepotrzebna.

Bliska płaczu, patrzyła za oddalającą się grupką. Powinna się cieszyć, że w Kora Bay znalazł się wreszcie lekarz z prawdziwego zdarzenia. Rose skończyła wprawdzie studia medyczne, ale nie miała prawa praktykować. Wzywano ją do nagłych wypadków, ale tylko dlatego, że w całym miasteczku tylko ona się znała na medycynie. Teraz jednak nie będzie już takiej potrzeby.

– Jesteś potrzebna dziadkowi – powiedziała na głos, przypominając sobie, co kazało jej wrócić do Kora Bay. Tyle że pomoc dziadkowi oznaczała pożegnanie z medycyną.



8 из 116