
Trudno; jej obecne życie to krokodyle i starzec. Nie wiadomo, jak długo to potrwa. Tak czy owak, nic nie będzie z całego interesu, jeśli nie załatwi sprawy przystani. Roger Bain…
Gabinet Rogera Baina znajdował się na piętrze administracji portu. Rogera można tam było zastać zawsze, a plotka głosiła, że w domu czekają na niego gadatliwa żona i dwójka straszliwych bachorów. Dlatego wolał biuro.
Sekretarka wstała na widok rozwścieczonej petentki i obdarzyła ją promiennym uśmiechem.
– Co u ciebie, Rose? Słyszałaś już?
– Że mamy w mieście lekarza? Tak, słyszałem. Zajął moje miejsce na przystani.
– Ach, tak, to prawda. Ale nie mieliśmy wyboru.
– Chcę się widzieć z Rogerem.
– Jest chyba zajęty. Gdybyś poczekała chwilę…
– Sama zobaczę, czy jest zajęty – oświadczyła Rose i mimo protestów sekretarki wtargnęła do gabinetu.
Roger Bain z kijem golfowym w dłoni zastygł właśnie w pozie zawodnika, który przymierza się do decydującego uderzenia. Na odgłos otwieranych drzwi spojrzał na intruza, zmarszczył brwi, ale nie zmienił pozycji.
– Ach, pani O’Meara. Jestem teraz zajęty. Jeśli chce pani ze mną porozmawiać, proszę ustalić termin z panną Graham.
– Bardzo przepraszam, panie Bain – Rose usłyszała za plecami stropiony głos – ale ja mówiłam… Rose, widzisz sama… – Sekretarka bezradnie zamilkła.
Rose ani myślała kapitulować. Skrzyżowała ręce na piersiach i stanęła na grubym dywanie.
Roger wykonał płynne uderzenie kijkiem, uśmiechnął się z zadowoleniem i przeciągnął dłonią po przylizanych włosach. Dopiero teraz obdarzył Rose uważniejszym spojrzeniem.
– Pani O’Meara, z przykrością muszę zauważyć, że pani strój nie bardzo nadaje się na urzędową wizytę. Jeśli pobrudzi mi pani dywan, przyślę rachunek za czyszczenie.
