
Goggo karała każdego, kto jej się naraził. Mściła się bezwzględnie, wykorzystując swą władzę. Niech wiedzą na przyszłość, że tak się nie traktuje Ågot Lien! brzmiało motto dziennikarki.
Jej życie było pasmem intryg i zła. Wydawało jej się, że niezadowolenie, jakie odczuwa, jest spowodowane nieodpowiednim zachowaniem innych, których musiała ukarać. Nie przyszło jej do głowy, że to zaklęty krąg, bo zemsta wywoływała kolejne negatywne reakcje, za które znów trzeba było karać, i tak dalej, i tak dalej. Podejrzliwość i wrogość są na dłuższą metę nie do zniesienia, a triumf wywołany zniszczeniem wroga przypomina Pyrrusowe zwycięstwo. Gdyby ktoś jednak powiedział Ågot, że jest nieszczęśliwą istotą, nigdy by mu tego nie wybaczyła. We własnych oczach uchodziła bowiem za silną i niezwyciężoną. Wręcz nieśmiertelną!
Goggo szła właśnie przez ciemny zaułek pomiędzy redakcją a ulicą Główną, gdy nieoczekiwanie ktoś zagrodził jej drogę. Krzyknęła przestraszona.
– Pani Goggo? – zapytał cicho wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o jasnych włosach, ubrany z wyszukaną elegancją. Miał na sobie garnitur z kamizelką, zaś elegancki parasol stanowił przysłowiową kropkę nad i. Prawdziwy dżentelmen! Interesująca powierzchowność, przystojny… Tak, tacy mężczyźni imponowali Goggo.
– Nie przypominam sobie, byśmy zostali sobie przedstawieni – odparła chłodno, ale w jej głosie pobrzmiewała nuta flirtu. – Nazywam się Ågot Lien, Goggo to mój pseudonim dziennikarski, a równocześnie zdrobnienie używane wyłącznie przez moich przyjaciół.
– Czy to pani napisała artykuł o kartonach z projektami gobelinów?
– Jeżeli nawet, to co? – zmarszczyła brwi.
– Gdzie je pani znalazła?
– No nie, dziennikarz nie ma obowiązku podawać źródeł swych informacji. Poza tym, z kim mam przyjemność?
– Przepraszam, wyraziłem się chyba trochę niejasno. Źle mnie pani zrozumiała. Zależy mi na współpracy, która… może okazać się bardzo opłacalna. Pani pozwoli, że się przedstawię…
