
No tak, nic dziwnego. Kolana się pod nią ugięły. Olaf, tutaj! Poczuła, jak rozpala się w niej iskierka nadziei.
Goggo nie przestawała trajkotać:
– Ale za to zapamiętał doskonale smarkulę, która podarowała mu utkany przez siebie gobelin. Dał go od razu dziewczynie, w której się wówczas kochał.
Gerd mimowolnie skuliła się w sobie, Goggo zaś ciągnęła dalej:
– Ale wiesz, on twierdzi, że ta mała, która obdarowała go makatką, nazywała się zupełnie inaczej. Powiedzieć mu, że przyjdziesz? On czeka w pokoju sto dwadzieścia dwa.
Bardzo ją zabolały te słowa. Przez ostatnie lata wspomnienie Olafa stanowiło jedyne światełko w mroku. Świadomość, że żyje sobie gdzieś, nawet jeśli daleko, dodawała jej pewności, że istnieją jeszcze na świecie pozytywne, dobre siły.
A teraz i to światełko zgasło.
Czego właściwie się spodziewała? Chyba zbyt wiele oczekiwała od Olafa.
– Przyjdę – rzekła zmęczonym głosem. – Albo przyjadę na rowerze, będzie szybciej.
Kwadrans później w pokoju hotelowym stanęła twarzą w twarz z mężczyzną. Goggo wbiła w nią swe przenikliwe, zimne spojrzenie.
Gerd całkiem inaczej wyobrażała sobie Olafa. Oczywiście jego jasna czupryna, błękitne oczy w ciemnej oprawie, prosty nos, szeroki uśmiech wydały się jej znajome, ale pierwsze wrażenie nie było takie, jakiego oczekiwała.
– Poznaję cię – zawołał mężczyzna i uśmiechnął się przyjaźnie. – Chociaż jedenaście lat to szmat czasu. Bardzo się zmieniłaś. Zmieniłaś też imię.
Goggo roześmiała się złośliwie:
– Wiesz, Olaf, Gerd była w tobie zakochana do szaleństwa. W tej makatce wyraziła całą swoją tęsknotę, a kiedy wyjechałeś, płakała i rozpaczała przez wiele tygodni. To musiał być dopiero widok!
Gerd, kompletnie zdruzgotana takim brakiem taktu, milczała przez dłuższą chwilę. Obecność Olafa onieśmielała ją, zmusiła się jednak, by zapytać:
– Powiedz, co u ciebie? Zawsze wydawało mi się, że wyrośniesz na wielkiego człowieka.
