Kątem oka dostrzegła, jak z bramy wybiega jakaś groźna zwalista postać. Gerd nie miała złudzeń; ten ktoś na pewno nie chciał jej pomóc. W ciągu minionych trzech lat dziewczyna żyła w ciągłym napięciu, przywykła do tego, by mieć się wciąż na baczności. Poderwała się więc błyskawicznie i biegiem ruszyła jedyną drogą, jaka pozostała wolna, w dół nad rzekę.

Bez namysłu zanurzyła się w zielonej mulistej wodzie i przepłynęła na drugą stronę. Potem wspięła się po urwistym brzegu i zniknęła w zaroślach, za którymi rozciągały się torfowiska.

Jej prześladowca, zapewne nie chcąc zmoczyć ubrania, pobiegł w stronę mostu. Gerd nie zdążyła się zorientować, kim był. Wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy. Nie mogła pojąć, dlaczego została napadnięta, kto mógł wiedzieć, że będzie tamtędy jechała? Przecież opuściła hotel dość nieoczekiwanie. A jednak nie miała najmniejszej wątpliwości, że to właśnie na nią zastawiono pułapkę.

Była przemoczona do suchej nitki, ubranie kleiło się jej do ciała, mimo to pobiegła dalej przez błoto. Musiała wykorzystać swoją przewagę.

Zdyszana stanęła na skraju rozległej, odsłoniętej przestrzeni torfowisk. Gdzieniegdzie wśród porastających pagórki liliowych wrzosów szumiały wysokie sosny. Dalej na horyzoncie ciemniał gęsty las. To chyba stamtąd migotało ku niej przyjazne światełko!

Biegła już dość długo przez torfowisko, gdy z tyłu doszedł do jej uszu trzask łamanych gałęzi. To pewnie znowu jej prześladowca! Jakie wszystko wydaje się obce i przerażające w tę letnią noc!

Oddech dziewczyny stał się krótki i świszczący. Ścigający ją mężczyzna także się zdyszał. Zawsze to jakaś pociecha. Jeszcze tylko kilka metrów i znajdzie się pod osłoną lasu. O światełku dawno już nie pamiętała.



18 из 112