
Trzy lata później na drugim końcu Norwegii czworo młodych ludzi siedziało w ogrodzie. Puch z dmuchawców szybował w powietrzu i opadał na ziemię. Szpaki, dolatując nad szopę i zniżając lot, gwizdały ostrzegawczo, jakby dawały znak pisklętom w gnieździe, że zaraz zostaną nakarmione.
Czwórkę znajomych siedzących przy stole łączyły dość osobliwe więzy. Troje z nich mieszkało w starej szkole, zaadaptowanej na budynek mieszkalny. Parter zajmowała Ellinor, fryzjerka, beznadziejnie zakochana w sąsiedzie z pierwszego piętra, przystojnym nauczycielu Arve Ståhlu. Ten z kolei podkochiwał się w Gerd Hansen, nauczycielce plastyki i prac ręcznych, mieszkającej na poddaszu.
Niestety nauczyciel, ku swemu utrapieniu, bez powodzenia próbował wyplątać się ze związku z Ågot Lien, dziennikarką z jedynego dziennika ukazującego się w Vanningshavn, która uczepiła się go niczym rzep. Tylko ona nie mieszkała w budynku przy ogrodzie.
– Chcesz jeszcze kawy, Ågot? – zapytała Gerd.
– Nie, dziękuję. Proszę, mów do mnie Goggo – zagruchała przymilnie, ale w jej oczach pojawił się zimny błysk. – Wszyscy przyjaciele tak mnie nazywają.
– Wszyscy z wyjątkiem mnie – wtrąciła Ellinor. – Ja wolę zwracać się do ciebie per Gorgono.
– Zauważyłam, choć nie widzę w tym nic zabawnego – odparła Ågot słodko, jednocześnie patrząc wzrokiem bazyliszka.
Gorgona? zdziwiła się Gerd w duchu. W mitologii greckiej tak nazywano Meduzę, potwora o złotych skrzydłach, miedzianych szponach, zębach jak kły dzika, wężach zamiast włosów i wzroku przemieniającym ludzi w kamień.
Z wyglądu Goggo Lien nie przypominała bynajmniej potwora. Była bardzo kobieca, nowoczesna i pociągająca. Miała jasne, krótko obcięte włosy i fryzurę jakby zwichrzoną przez wiatr. Ubierała się zgodnie z ostatnim krzykiem mody. A ponieważ w tym sezonie lansowano kolor liliowy, więc w jej garderobie przeważała barwa wrzosów.
