
Gerd niejednokrotnie się zastanawiała, co taka kobieta robi w nadmorskiej mieścinie. Ellinor wyjaśniła jej jednak z przekąsem, że Goggo miała niegdyś etat w jednym ze stołecznych dzienników, ale została zwolniona za „pogoń za tanią sensacją i stosowanie chwytów poniżej pasa w pracy dziennikarskiej”. Załapała się więc tutaj. „Lepiej być kimś w małej gazecie, niż nikim w wielkiej”, brzmiał złośliwy komentarz Ellinor.
Goggo, ignorując dwie kobiety siedzące przy stole, zwróciła się do Arva:
– Wiesz, szef wydziału kultury poprosił mnie o odśpiewanie kilku piosenek na sobotniej uroczystości. Odpowiedziałam mu, że wszystko zależy od tego, ile zapłaci. Nie zamierzam pracować za darmo, co to, to nie!
– Gorgona nic nie robi gratis – mruknęła Ellinor.
Arve milczał i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w dal. Najwyraźniej nie miał nic do powiedzenia swojej eks-przyjaciółce. Na moment uchwycił spojrzenie Gerd.
Goggo wstała, z trudem skrywając wściekłość.
– No cóż, chyba już muszę wracać do redakcji. Arve, odprowadzisz mnie?
– Ciszej – przerwała jej Gerd nerwowo. – Spłoszysz szpaki.
– Ach, więc to są szpaki? Wyobraźcie sobie, że kompletnie się nie znam na ptakach. Nie potrafię odróżnić nawet jednego gatunku – roześmiała się dziennikarka perliście, czyniąc cnotę ze swej niewiedzy.
Arve Ståhl wycofał się do domu. Bardzo nie chciał, by Gerd odniosła wrażenie, że nadal łączy go coś z Goggo.
Ale Gerd zdawała się zupełnie nie zwracać na nich uwagi. Patrzyła w dal rozmarzonym wzrokiem, w którym niekiedy, nie wiedzieć czemu, pojawiał się nagły lęk.
Arve lubił obserwować Gerd, bo przypominała mu damy z płócien starych mistrzów. Miała ciemne włosy i piękne rysy twarzy. Jej skóra była delikatna i przezroczysta, jakby z porcelany, policzki często pokrywał rumieniec. Dłonie, szczupłe i pełne wyrazu, poruszały się lekko niby skrzydła motyla. Subtelna, miła, wrażliwa młoda kobieta, o którą warto by zabiegać… gdyby nie Goggo, która ciążyła mu niczym kula u nogi!
