
— Ned! — powiedział. — Nie słyszałeś, że cię wołałem?
— Przepraszam — mruknąłem. — Zamyśliłem się.
— No chyba. Wołam od pięciu minut — oświadczył. — Czy ona miała ze sobą Dookie?
Widocznie znowu się przesłyszałem albo dyschronia Carruthersa pogłębiła się jeszcze bardziej.
— Dookie? — powtórzyłem ostrożnie.
— Tak, Dookie! — warknął. — Czy miała ze sobą Dookie?
O nie, będę musiał odstawić go do Oksfordu, nie budząc podejrzeń w kościelnym, zabrać go do infirmerii, a potem wrócić tutaj, żeby dokończyć przeszukiwania katedry, chociaż prawdopodobnie wyląduję na polu z dyniami w połowie drogi do Liverpoolu.
— Ned, słyszysz mnie? — pytał z niepokojem Carruthers. — Mówiłem: „Czy ona miała ze sobą Dookie?”
— Kto? — spytałem, zastanawiając się, jak go przekonać, że powinien stąd zniknąć. Ofiary dyschronii nigdy nie wiedziały, że cierpią na dyschronię. — Lady Schrapnell?
— Nie — odparł bardzo zirytowanym tonem. — Jej Wysokość. Królowa. Kiedy nas tutaj skierowała. „Ta piękna, piękna katedra” i tak dalej. — Wskazał kościelnego, który kierował się w naszą stronę. — Zapytał mnie, czy miała ze sobą Dookie, kiedy ją widzieliśmy, a ja nie miałem pojęcia, kto to jest.
Ja też nie miałem pojęcia. Dookie. Mało prawdopodobne, żeby tak nazywała króla. Może swojego szwagra nicponia? Nie, Edward abdykował przed 1940 rokiem, a królowa nie nadała mu żadnego przezwiska.
Pies królowej, pomyślałem, ale to niewiele pomogło. W późniejszych latach, jako Królowa Matka, miała walijskie corgi, ale co miała podczas drugiej wojny światowej? Yorkshire teriera? Miniaturowego spaniela? I jakiej płci, skoro o tym mowa? A jeśli Dookie była jej pokojówką? Albo przezwiskiem jednej z księżniczek?
Podszedł kościelny.
— Pytał pan o Dookie — powiedziałem. — Obawiam się, że Dookie nie było z Jej Wysokością. Chwilowo przebywa w Windsorze. Boi się bomb, pan rozumie.
