Tak naprawdę nie wrócili. Luftwaffe postanowiła tej nocy zaatakować Londyn. Ale rzeczywiście robiło się ciemno. Drugi koniec kościoła, gdzie Carruthers sztorcował nowego rekruta za naruszenie przepisów o zaciemnieniu, pogrążony był w mroku, a wybite wschodnie okno ukazywało ciemniejącą czarnoniebieską chmurę dymu, pokreśloną światłami reflektorów przeciwlotniczych.

— Lepiej zróbmy jak najwięcej, zanim zapadnie noc — zasugerowałem i wróciłem do przekopywania gruzów. Próbowałem odgadnąć, jak daleko podmuch mógł odrzucić strusią nogę biskupa. Jeśli nie wynieśli jej szabrownicy. Kościelnego nie było co najmniej przez godzinę, kiedy poszedł na herbatę, a w tym czasie każdy mógł wejść przez rozwalone południowe drzwi i zabrać, co mu się żywnie podobało. Włącznie ze strusią nogą biskupa.

Widocznie z braku snu traciłem zdolność myślenia. Nikt, nawet człowiek w ciężkim szoku, nie ukradłby strusiej nogi biskupa. Ani nie kupiłby jej na kiermaszu. Odrzucono by ją nawet na zbiórce złomu żelaznego na amunicję. Chyba że ktoś doceniłby jej wartość jako broni psychologicznej przeciwko nazistom.

Więc musiała gdzieś tutaj być, razem z resztą ażurowej przegrody i kawałkiem płyty nagrobnej ze słowem „wieki”, i powinienem się pospieszyć, jeśli chciałem ją znaleźć przed zmrokiem. Podniosłem poduszkę z klęcznika, wciąż dymiącą i cuchnącą spalonym pierzem, położyłem ją w przejściu i zacząłem przekopywać się na koniec nawy.

Znalazłem poręcz klęcznika, pojedynczy świecznik z brązu oraz nadpalony śpiewnik otwarty na hymnie: „Wszyscy, którzy żyją pod niebem”. Za okładkę z tyłu wetknięto kartkę papieru.

Wyciągnąłem ją. Był to program nabożeństwa na niedzielę, dziesiątego listopada. Rozłożyłem arkusik, z którego odpadały płat sadzy.



14 из 539