Somerville był otwarty, ale wędrówka trwała znacznie dłużej, niż się spodziewałem, a kiedy dotarłem do bramy, coś się z nią stało. Skręciła się do wewnątrz, a woluty z kutego żelaza powyginały się, tworząc kolce, haki i zadziory, które zaczepiały o mój kombinezon.

Najpierw pomyślałem, że w bramę trafiła bomba, ale to było niemożliwe. Luftwaffe miała zbombardować Londyn dopiero dziś wieczorem. Brama, włącznie z kolcami i zadziorami, była pomalowana na jasnozielono.

Próbowałem przecisnąć się bokiem, lecz epolet na moim niepeespowskim mundurze zaczepił o hak, a kiedy próbowałem się wycofać, jeszcze bardziej się zaplątałem. Miotałem się gorączkowo, ale nie mogłem się uwolnić.

— Pozwoli pan, że mu pomogę — odezwał się uprzejmy głos. Odwróciłem się, na ile mogłem, i zobaczyłem sekretarza pana Dunworthy’ego.

— Finch — zawołałem. — Dzięki Bogu, że to pan. Właśnie szedłem do pana Dunworthy’ego.

Finch odczepił epolet i wziął mnie za rękaw.

— Tędy, sir — powiedział — nie, nie tędy, tamtędy, o tak. Nie, nie, tędy — i wreszcie wyprowadził mnie na wolność.

Ale po tej samej stronie, gdzie byłem na początku.

— Nic z tego, Finch — powiedziałem. — Ciągle musimy przejść przez tę bramę do Balliol.

— To jest Merton, sir — odparł Finch. — Pan wszedł na ich tereny sportowe.

Odwróciłem się i spojrzałem tam, gdzie pokazywał. Miał rację. Zobaczyłem boisko do piłki nożnej, a dalej plac do krykieta, a jeszcze dalej, na Błoniach Christ Church, otoczoną rusztowaniem i okrytą niebieskim plastikiem wieżę katedry Coventry.

— Skąd się tu wzięła brama Balliol? — zapytałem.

— To jest furtka dla pieszych w Merton.



24 из 539