
Zerknąłem na bramę. Znowu racja. To był turnikiet zaprojektowany tak, żeby nie przepuszczać rowerów.
— Pielęgniarka mówiła, że pan ma dyschronię, ale nie przypuszczałem… Nie, tędy. — Wziął mnie za ramię i pociągnął po ścieżce.
— Pielęgniarka? — powtórzyłem.
— Pan Dunworthy wysłał mnie po pana do infirmerii, ale pan już wyszedł — wyjaśnił Finch, wyprowadzając mnie spomiędzy budynków na High Street. — Chciał się z panem spotkać, chociaż nie rozumiem, do czego pan mu się przyda w tym stanie.
— On chciał się ze mną spotkać? — zdziwiłem się. Myślałem, że to ja chciałem się z nim spotkać. Coś jeszcze przyszło mi do głowy. — Skąd wiedział, że jestem w infirmerii?
— Lady Schrapnell do niego zadzwoniła — powiedział Finch, a ja rzuciłem się do ucieczki.
— Już w porządku — zapewnił, wchodząc za mną do wnęki przed drzwiami sklepu, gdzie znalazłem schronienie. — Pan Dunworthy powiedział jej, że zabrano pana do Królewskiego Szpitala Miejskiego w Londynie. Jazda zabierze jej co najmniej pół godziny. — Przemocą wyciągnął mnie z wnęki i przeprowadził na drugą stronę High. — Osobiście uważam, iż powinien był jej powiedzieć, że zabrali pana do kliniki na Manhattanie. Jak pan może z nią wytrzymać?
Trzeba mieć oczy otwarte, pomyślałem, wchodząc za Finchem do pasażu obok St. Mary the Virgin’s i trzymając się jak najbliżej ściany.
— Ona niczego nie robi jak należy — ciągnął. — Nie korzysta z drogi urzędowej, nie wypełnia formularzy zapotrzebowania. Po prostu nas rabuje… zabiera spinacze, długopisy, komunikatory.
I historyków, pomyślałem.
— Nigdy nie wiem, jakie materiały mam zamówić, jeśli w ogóle zdążę cokolwiek zamówić. Przez cały czas próbuję jej nie dopuścić do gabinetu pana Dunworthy’ego. Ciągle tam siedzi i wierci mu dziurę w brzuchu. Klamki, świeczniki i lekcjonarze. W zeszłym tygodniu chodziło o wyszczerbiony narożnik grobowca Wade’a. Jak się wyszczerbił i kiedy się wyszczerbił, przed nalotem czy podczas nalotu, i jakie ma kanty, proste czy zaokrąglone? Musi być całkowicie autentyczny, powiedziała. „Bóg jest…”
