
— „…w szczegółach” — dokończyłem.
— Nawet próbowała mnie zwerbować — narzekał Finch. — Chciała, żebym przeskoczył do wojny i szukał kusej nogi biskupa.
— Strusiej nogi — poprawiłem.
— Właśnie tak powiedziałem. — Zmierzył mnie twardym wzrokiem. — Ma pan trudności z rozróżnianiem dźwięków, prawda? Pielęgniarka mi powiedziała. I wyraźnie traci pan orientację. — Potrząsnął głową. — Do niczego pan się nie przyda.
— Dlaczego pan Dunworthy chce mnie widzieć?
— Mieliśmy wypadek.
„Wypadek”, eufemizm używany w PSP, oznaczał bombę burzącą, domy obrócone w ruinę, spalone ciała, liczne pożary. Ale Finchowi z pewnością nie chodziło o taki wypadek. A może ciągle miałem „trudności z rozróżnianiem dźwięków”.
— Wypadek? — powtórzyłem.
— Prawdziwa klęska. Jedna z historyczek. Dziewiętnasty wiek. Naniosła błota.
Tak, rzeczywiście miałem „trudności”, chociaż w epoce wiktoriańskiej z pewnością było mnóstwo błota. Widocznie rzeczona historyczka nie wytarła porządnie butów. Ale to chyba jeszcze nie klęska?
— Co pan powiedział? — zapytałem ostrożnie.
— Powiedziałem: jesteśmy na miejscu — odparł Finch i miał rację. Widziałem bramę Balliol, chociaż nie boczną, tylko główną bramę, budkę portiera i frontowy dziedziniec.
Przeciąłem dziedziniec i ruszyłem po schodach do gabinetu pana Dunworthy’ego, widocznie jednak wciąż byłem zdezorientowany, ponieważ Finch znowu wziął mnie za ramię i poprowadził przez ogrodowy dziedziniec do Beard.
— Pan Dunworthy musiał przerobić świetlicę seniorów na gabinet. Ona nie szanuje uczciwego dębu i nie ma zwyczaju pukania do drzwi, więc pan Dunworthy musiał urządzić sekretariat, chociaż osobiście uważam, że lepsza byłaby fosa.
