
Otworzył drzwi dawnej spiżarni. Teraz pomieszczenie wyglądało jak poczekalnia u dentysty, z rzędem wyściełanych krzeseł pod ścianą i stosem skopiowanych magazynów na podręcznym stoliku. Biurko Fincha stało obok drzwi do gabinetu i praktycznie je zasłaniało, niewątpliwie dlatego, żeby Finch mógł bronić wejścia przed lady Schrapnell.
— Zobaczę, czy go zastaliśmy — powiedział Finch i obszedł biurko.
— Absolutnie wykluczone! — zagrzmiał z gabinetu głos pana Dunworthy’ego. — W żadnym wypadku!
O Boże, ona tam była. Przywarłem do ściany i rozpaczliwie rozejrzałem się za jakąś kryjówką. Finch chwycił mnie za rękaw i syknął: — To nie ona — ale sam już się domyśliłem.
— Nie rozumiem, dlaczego — odpowiedział kobiecy głos, nie należący do lady Schrapnell, ponieważ brzmiał raczej słodko niż stentorowo i po słowie „dlaczego” nie usłyszałem dalszego ciągu.
— Kto tam jest? — szepnąłem, odprężając się w uchwycie Fincha.
— Klęska — odszepnął.
— Skąd pani przyszło do głowy, żeby przenieść coś takiego przez sieć? — ryczał pan Dunworthy. — Przecież pani studiowała temporalną teorię!
Finch zamrugał.
— Mam powiedzieć panu Dunworthy’emu, że pan przyszedł? — zapytał z wahaniem.
— Nie, nie trzeba — zapewniłem i opadłem na jedno z obitych perkalem krzeseł. — Zaczekam.
— Skąd pani w ogóle przyszło do głowy, żeby go zabrać ze sobą? — domagał się odpowiedzi pan Dunworthy.
Finch sięgnął pojedna z kopii starożytnego czasopisma i podał mi.
— Nie potrzebuję niczego do czytania — oświadczyłem. — Posiedzę tutaj i będę podsłuchiwał razem z panem.
— Chciałem, żeby pan usiadł na tym magazynie — wyjaśnił. — Strasznie trudno jest usunąć sadzę z perkalu.
Wstałem, pozwoliłem mu rozłożyć otwarty magazyn na krześle i znowu usiadłem.
— Skoro już pani musiała postąpić tak nieodpowiedzialnie — narzekał pan Dunworthy — dlaczego nie zaczekała pani do konsekracji?
