
— Nie karmcie jej. Dostała całą kołdrę — oznajmiła i wypłynęła za drzwi.
Ruszyłem za nią jak zaczarowany, ale pan Dunworthy położył mi rękę na ramieniu.
— Więc Finch pana znalazł — stwierdził, prowadząc mnie wokół biurka do gabinetu. — Bałem się, że jest pan w 1940 roku na jednym z tych kościelnych bazarów, gdzie lady Schrapnell ciągle pana wysyła.
Przez okno widziałem, jak płynęła po dziedzińcu, wdzięcznie kapiąc na chodnik, śliczna… jak to się nazywa? Driada? Nie, driady mieszkały w drzewach. Syrena?
Pan Dunworthy podszedł do okna.
— To wszystko wina lady Schrapnell. Kindle należy do moich najlepszych historyków. Sześć miesięcy z lady Schrapnell i niech pan na nią spojrzy! — Machnął na mnie ręką. — Zresztą niech pan spojrzy na siebie! Ta kobieta to chodząca katastrofa.
Syrena zniknęła mi z oczu i rozpłynęła się we mgle, z której powstała… chociaż nie miałem racji. Syreny mieszkały na skałach i żywiły się rozbitkami. To słowo brzmiało podobnie jak driada. Sylfida? Nie, sylfidy przepowiadały śmierć i zagładę.
— Po pierwsze nie miała prawa jej wysyłać — mówił pan Dunworthy. — Próbowałem jej powiedzieć, ale czy ona kogoś posłucha? Akurat. „Trzeba zajrzeć pod każdy kamień”, powtarza. I wysyła ją do epoki wiktoriańskiej. Wysyła pana na kiermasze, żeby pan kupował serwetki i poduszeczki do szpilek!
— I galaretkę z cielęcych nóżek — dodałem.
— Galaretkę z cielęcych nóżek? — Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.
— Dla chorych — wyjaśniłem. — Tylko że moim zdaniem chorzy tego nie jedzą. Ja bym nie zjadł. Chyba przekazują je na następny kiermasz. One pojawiają się co roku. Jak owocowe ciasto.
— No tak — mruknął pan Dunworthy, marszcząc czoło. — Więc teraz zajrzała pod kamień i stworzyła poważny problem, i dlatego chciałem się z panem spotkać. Proszę siadać, proszę siadać — dodał, popychając mnie w kierunku skórzanego fotela.
