5

Odniosłam wrażenie, że praca z Kenem Page’em i Donem Carterem będzie mi się podobała. Ken okazał się wielkim ciemnowłosym facetem o szczękach buldoga. Kiedy go zobaczyłam, zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy przypadkiem pracownicy „Wall Street Weekly” nie są dobierani pod kątem gabarytów. Zaraz jednak poznałam Dona Cartera: niewysokiego schludnego mężczyznę o jasnobrązowych włosach i orzechowych oczach. Obu dałabym około czterdziestki.

Ledwo przywitałam się z Kenem, gdy przeprosił mnie i biegiem ruszył na korytarz, bo dostrzegł tam przechodzącego Cartera. Skorzystałam z okazji i spokojnie przyjrzałam się dyplomom na ścianie. Robiły wrażenie. Ken był lekarzem medycyny, a także napisał doktorat z biologii molekularnej.

Wrócił po chwili, prowadząc Dona. Umówili spotkanie z przedstawicielami Gen-stone, o jedenastej następnego dnia. Mieliśmy się stawić w głównej siedzibie firmy w Pleasantville.

– Dyrektorzy mają biura w Chrysler Building – powiedział mi Don – ale tak naprawdę pracują w Pleasantville.

Zamierzaliśmy się zobaczyć z prezesem zarządu, Charlesem Wallingfordem, oraz z doktorem Milo Celtavinim, naukowcem odpowiedzialnym za prowadzenie badań i funkcjonowanie laboratorium Gen-stone. Ponieważ i Don, i Ken mieszkali w Westchester County, umówiliśmy się więc od razu na miejscu.

Chwała Samowi Michaelsonowi! Szepnął za mną słówko, bez dwóch zdań. Nie ma co gadać, jeśli człowiek pracuje nad priorytetowym tematem, to chce być pewnym, że robota pójdzie gładko i w zespole nic nie zacznie zgrzytać. Dzięki Samowi wyglądało na to, że nigdy nie usłyszę od swoich kolegów: „Poczekaj, to zobaczysz”. Zostałam przyjęta z otwartymi ramionami.


* * *

Zaraz po wyjściu z budynku redakcji zadzwoniłam z komórki do Sama, aby zaprosić go razem z żoną na kolację w „Il Mulino” w Village.



27 из 253