
– Przybrana – przerwałam.
Pokiwał zgodnie głową.
– Przybrana. Pani przybrana siostra mogła zginąć w płomieniach. W tej chwili nie potrafimy określić, czy osoba, która podłożyła ogień, wiedziała, że pani Spencer znajduje się w domu. Wydaje się jednak prawdopodobne, że był to któryś z tych zawiedzionych, a nawet zdesperowanych akcjonariuszy.
– Zdaje pan sobie sprawę, że potencjalnych sprawców są setki? Udziałowcy, owszem, ale i pracownicy spółki – podkreśliłam.
– Bierzemy to pod uwagę. Czy ma pani może nazwisko tego mężczyzny, który głośno zarzucał Spencerom kradzież pieniędzy spółki?
– To nie on. – Przed oczami miałam twarz mężczyzny, którego gniew wylał się wraz ze łzami bezsilności. – On nie podłożył ognia.
Jason Knowles uniósł brwi.
– Jest pani pewna? Dlaczego?
Nagle zdałam sobie sprawę, że zachowałam się głupio.
– Wiem swoje – uparłam się wbrew rozsądkowi. – Był zrozpaczony, ale nie wściekły. Jest chory ze zmartwienia. Ma umierające dziecko i na dodatek będzie musiał sprzedać dom.
Jason Knowles był wyraźnie rozczarowany, że nie potrafiłam zidentyfikować mężczyzny, który zrobił scenę na zebraniu, ale tak czy inaczej, jeszcze ze mną nie skończył.
– Ma pani nazwiska ludzi, z którymi pani rozmawiała.
Milczałam niezdecydowana.
– Proszę pani, widziałem wywiad z panią przed wejściem do szpitala. Powiedziała pani, że ten, kto podłożył ogień, jest zbrodniarzem albo człowiekiem psychicznie chorym.
Miał rację. Zgodziłam się dać mu nazwiska i numery telefonów, zanotowane po spotkaniu akcjonariuszy.
I znów odniosłam wrażenie, że zna moje myśli.
– Chcę panią zapewnić, że dzwoniąc do tych osób, będziemy informowali, iż rozmawiamy ze wszystkimi uczestnikami zebrania. I taka rzeczywiście jest prawda. Wiele z tych osób odesłało spółce zawiadomienia o spotkaniu, potwierdzając w ten sposób swój udział. Z nimi wszystkimi będziemy rozmawiali. Rzecz w tym, iż niestety, nie wszyscy, którzy zjawili się na spotkaniu, pofatygowali się, by potwierdzić swoją obecność.
